Mroczni Kochankowie

Jon Snow - wulkan skryty pod czapą lodową. cz. VI.

"Półręki powiedział mu: „Musisz spełnić wszystkie ich polecenia. Bądź ich towarzyszem, jedz i walcz razem z nimi, tak długo, jak będzie to konieczne”. Towarzyszył im przez wiele mil, dzielił się z nimi chlebem i solą, a z Ygritte nawet kocami, lecz mimo to nadal mu nie ufali. Thennowie dniem i nocą nie spuszczali go z oka, wypatrując najmniejszych oznak zdrady. Nie miał szans na ucieczkę, a wkrótce miało już być za późno.

„Walcz razem z nimi”. Tak powiedział mu Qhorin, nim Długi Pazur odebrał mu życie, lecz na razie do tego nie doszło. Kiedy przeleję krew brata, będę zgubiony. Przejdę za Mur na dobre i nie będzie już dla mnie powrotu."

 

 

Jon pragnie za wszelką cenę ostrzec swoich braci przed zbliżającym się zagrożeniem. Sytuacja w Czarnym Zamku wygląda katastrofalnie. Przebywa tam zaledwie 40 zaprzysiężonych strażników. Snow próbuje znaleźć odpowiedni moment by wyruszyć do Zamku. Jego rozterki drażnią nawet jego samego. Całym sercem należy do Nocnej Straży, ale jednak zaprzyjaźnił się z Dzikimi i zdradzić ich będzie niemal tak samo trudno, jak było zabić Qhorina Półrękiego. Ygritte powodowała, że Jon cały czas się wahał. Dziewczyna z jednej strony była jego ucieczką od nieszczęść, ale z drugiej strony nie mogła być ucieczką przed nią samą. Jon wpadł po uszy.  

 

 

"Jeśli magnarowi uda się wziąć Czarny Zamek z zaskoczenia, nastąpi krwawa rzeź. Chłopcy zginą zamordowani w łóżkach, nim zdążą się zorientować, że ktoś ich atakuje. Jon musiał ich ostrzec, jak jednak miał to zrobić? Nigdy nie wysyłano go na polowanie ani na poszukiwanie żywności. Nie stał też sam na warcie. Bał się również o Ygritte. Nie mógł jej zabrać ze sobą, jeśli ją jednak zostawi, czy magnar każe jej odpowiedzieć za jego zdradę? Dwa serca, które biją jak jedno...

Co noc spali na tych samych skórach. Zasypiał z jej głową na piersi i rude włosy łaskotały go w podbródek. Zapach dziewczyny stał się częścią jego jaźni. Jej krzywe zęby, jej pierś w jego dłoni, smak jej ust... wszystko to było dla niego nadzieją i rozpaczą. Zastanawiał się często, czy jego pan ojciec również darzył tak mieszanymi uczuciami jego matkę, kimkolwiek była. Ygritte zastawiła pułapkę, a Mance Rayder mnie w nią wepchnął.

Każdy dzień, który spędzał z dzikimi, czynił czekające go zadanie trudniejszym. Będzie musiał znaleźć jakiś sposób, by zdradzić tych ludzi, a kiedy to zrobi, zginą. Nie chciał ich przyjaźni, podobnie jak nie chciał miłości Ygritte. Mimo to..."

 

 

Uczucie jakie żywił do Ygritte stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Jego zaangażowanie było równoznaczne ze zdradą swojego własnego ja. Jon jest rozdarty i przygnębiony. Nie ma pojęcia, gdzie tak naprawdę jest jego miejsce. Obawia się reakcji zaprzysiężonych braci, którzy dowiedzą się, że przyłączył się do Dzikich. Jeśli bracia nie przyjmą go ponownie w swoje szeregi to gdzie się uda? Pozostanie mu wieczna tułaczka do końca życia bądź wyprawa za Wąskie Morze. Nie! Jon Snow to najodważniejszy człowiek w Nocnej Straży i musi przestrzec i wspomóc ludzi na Murze. Będzie walczył przeciwko tym, którzy byli jego towarzyszami. Choćby powrót na Mur oznaczał dla niego wyrok śmierci to musi spełnić swój obowiązek! Ma olbrzymie wyrzuty sumienia. Nie może się już bardziej angażować w sprawy w Dzikich. Im częściej z nimi przebywa, tym bardziej będzie cierpiał, kiedy ich zdradzi. 

 

 

W pewnym momencie następuje niesamowity zwrot akcji. Magnar Thennu nakazuje Jonowi Snow zabić ich jeńca - staruszka. W jednej chwili rozpętuje się piekło! Jon nie jest w stanie zabić niewinnego człowieka! Jego serce jest dobre, miłosierne i litościwe, a wolni ludzie są dzicy, okrutni, wojowniczy i nie znają pojęcia litości. Kiedy Jon odmawia wykonania rozkazu to Ygritte zabija jeńca. Udowadnia tym samym, że faktycznie jest do szpiku kości Dziką. Duma Ygritte nie pozwala jej znieść docinek Magnara Thennu, który nazywa ją "wronią żoną". Ygritte nienawidzi Muru i Nocnej Straży. Między nią, a Jonem dochodzi do pełnej napięcia wymiany zdań. Jon zarzuca Dzikim, że mordują niewinnych ludzi, a Ygritte żali się, że przecież Jon również zaatakował Dzikich w Mroźnych Kłach i zabił ich kompana - Orella. Chłopak słusznie zauważa, że tamta sytuacja była zupełnie inna, gdyż Dzicy byli uzbrojonymi wojownikami, a staruszek był bezbronny i jedynym jego przewinieniem było to, że widział więcej niż powinien. Przez Jona przemawia jego honor. Udowadnia po raz kolejny, że jest sprawiedliwy i postępuje słusznie.

 

 

"Jeniec nadal się nie odzywał. Mógłby powiedzieć: „Łaski” albo: „Zabraliście mi konia, pieniądze i żywność, pozwólcie mi chociaż zachować życie” bądź też: „Nie, błagam, nie zrobiłem wam nic złego”. Mógłby powiedzieć tysiąc różnych rzeczy, płakać albo wzywać bogów. Żadne słowa nie mogły go jednak uratować. Być może o tym wiedział, zachował więc milczenie, spoglądając na Jona z oskarżeniem i błaganiem w oczach. „Musisz spełnić wszystkie ich polecenia. Bądź ich towarzyszem, jedz i walcz razem z nimi...” Ten człowiek nie stawiał jednak oporu. Miał pecha, to wszystko. Kim był, skąd tu przybył, dokąd chciał dojechać na swej żałosnej chabecie z łukowatym grzbietem... nic z tego nie miało znaczenia.

Jest stary – przekonywał się Jon. Ma pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat. Żył dłużej niż większość ludzi. Thennowie i tak go zabiją. Nie uratuje go żadne moje słowo ani czyn. Długi Pazur wydawał się cięższy niż ołów, tak ciężki, że nie był w stanie go podnieść. Mężczyzna wpatrywał się w niego oczyma wielkimi i czarnymi jak studnie. Wpadnę w te oczy i utonę. Magnar również na niego patrzył, z niemal dotykalną nieufnością. Ten człowiek jest już trupem. Co za różnica, czyja ręka go zabije? Wystarczy jedno cięcie, szybkie i czyste. Długi Pazur wykuto z valyriańskiej stali. Jak Lód. Jon przypomniał sobie inną śmierć, klęczącego dezertera, jego głowę, która potoczyła się na bok, jaskrawą plamę krwi na śniegu... miecz ojca, słowa ojca, twarz ojca...

– Zrób to, Jonie Snow – nalegała Ygritte. – Musisz to zrobić, by udowodnić, że nie jesteś wroną, ale jednym z wolnych ludzi.

– Staruszka, który siedział sobie spokojnie przy ogniu?

– Orell też siedział przy ogniu i wykończyłeś go bez wahania. – Przeszyła go twardym spojrzeniem. – Mnie też chciałeś wtedy zabić, dopóki nie zobaczyłeś, że jestem kobietą. A przecież spałam.

– To było co innego. Byliście żołnierzami... wartownikami.

– Tak jest, a wy nie chcieliście, żeby ktoś was zobaczył. My też nie chcemy. To jest to samo. Zabij go.

Odwrócił się plecami do jeńca.

– Nie.

Magnar podszedł bliżej, wysoki, zimny i groźny.

– Kazałem ci go zabić. To ja wydaję tutaj rozkazy.

– Rozkazujesz Thennom – sprzeciwił się Jon – nie wolnym ludziom.

– Nie widzę tu wolnych ludzi, tylko wronę i wronią żonę.

– Nie jestem wronią żoną! – Ygritte wyciągnęła nóż. Postawiła trzy szybkie kroki, złapała staruszka za włosy, odciągnęła mu głowę do tyłu i poderżnęła gardło od ucha do ucha. Mężczyzna nie krzyknął nawet w chwili śmierci. – Nic nie wiesz, Jonie Snow! – krzyknęła, rzucając mu okrwawiony nóż pod nogi.

Magnar powiedział coś w starym języku. Być może rozkazał Thennom zabić Jona. Chłopak nigdy już nie miał się dowiedzieć, jak było naprawdę. Z nieba uderzył piorun, oślepiająca, niebieskobiała błyskawica, która trafiła w szczyt wieży na jeziorze. Czuli zapach jej furii. Gdy nadszedł grom, jego łoskot wstrząsnął nocą.

I skoczyła między nich śmierć.

Oślepiony błyskawicą Jon nic nie widział w ciemności, zauważył jednak cień, który skoczył w górę, a pół uderzenia serca później usłyszał krzyk. Pierwszy Thenn zginął tak samo jak jeniec. Z jego rozprutego gardła trysnęła krew. Potem blask zgasł, sylwetka odskoczyła, warcząc, w bok i drugi wojownik runął na ziemię. Słychać było przekleństwa, krzyki i wycie bólu. Wielki Czyrak zatoczył się do tyłu, przewracając trzech stojących za nim mężczyzn. Duch – pomyślał Jon w chwili szaleństwa. Duch przeskoczył Mur. Potem jednak błyskawica zamieniła noc w dzień i zobaczył wilka, który stał na piersi Dela. Z pyska ściekała mu czarna krew. Szary. Jest szary."

 

 

Pojawia się Lato, chociaż Jon nie wie, że to wilkor Brana, a jego brat przebywa w tej chwili niemal w tym samym miejscu. Nie ma chwili do stracenia i jeśli teraz nie ucieknie Dzikim to już nigdy tego nie zrobi. Zabija kilku Dzikich i wsiada na konia. Po długiej jeździe na grzbiecie wierzchowca Jon spostrzega, że jest ranny. W nodze tkwi strzała (czyżby to Ygritte zadała mu okrutny cios?). Młodzieniec jest wykończony. Zmęczenie, głód, wyczerpanie i ból sprawiają, że jego sytuacja komplikuje się z godziny na godzinę. Zastanawia się czy to rzeczywiście Ygritte do niego strzeliła. ("Nie mogę mieć o to pretensji"). Dochodzi do wniosku, że najprawdopodobniej postąpiłby tak samo. Ona jest wierna swoim Dzikim, a on swoim braciom. Rusza do Czarnego Zamku. Czuje się jednak przygnębiony. Cały czas obawia się tego jak zareagują ludzie na Murze oraz czy sam będzie w stanie spojrzeć im wszystkim w oczy... 

 

 

 

 

Jon niemal niustannie myśli o Ygritte. Ta miłość od samego początku była skazana na klęskę:

 

 

"Myślał też wiele o Ygritte. Pamiętał zapach jej włosów, ciepło jej ciała... i jej minę w chwili, gdy poderżnęła staruszkowi gardło. Źle zrobiłeś, że ją pokochałeś – szeptał mu jeden głos. Źle zrobiłeś, że ją opuściłeś – odpowiadał mu inny. Zastanawiał się, czy jego ojciec czuł się podobnie rozdarty, gdy porzucał jego matkę, by poślubić lady Catelyn. On złożył przysięgę lady Stark, a ja Nocnej Straży."

 

 

W końcu po długiej podróży, niemal zupełnie wyczerpany, Jon Snow wraca na Mur. W Czarnym Zamku Donal Noye informuje chłopaka, że Jarman Buckwell przekazał im niepokojącą wiadomość. Czarny brat powiedział, że Snow przyłączył się do Dzikich. Jon przyznaje się do wszystkiego, ale jednocześnie informuje, że robił to na rozkaz Qhorina Półrękiego. Snow jest zrozpaczony sytuacja na Murze. Bowen Marsk rozproszył wszystkich braci na Murze, a główny atak Dzikich nastąpi przecież w Czarnym Zamku z dwóch stron. Maester Aemon mówi mu, że Lord Dowódca Mormont nie żyje. Jon jest zszokowany. Nie spodziewał się, że Stary Niedźwiedź zostanie zamordowany przez zaprzysiężonych braci. Prawda jest gorzka: w Nocnej Straży służy wielu rzezimieszków i morderców, a nad takimi ludźmi trudno zapanować. Wkrótce odbędzie się głosowanie na Lorda Dowódcę. Zanim to jednak nastąpi braci na Murze czeka potężna bitwa z Mance'm Rayderem.  

 

 

Jona czeka też wiele cierpkich rozmów. Bracia chcą wiedzieć kim była Ygritte.

 

 

" Kto to jest Ygritte? – zapytał z naciskiem Donal Noye.

– Kobieta z wolnych ludzi. – Jak mógł im wytłumaczyć, kim jest Ygritte? Jest ciepła, bystra i zabawna i potrafi pocałować człowieka albo poderżnąć mu gardło. – Jest ze Styrem, ale nie... jest młoda, to właściwie jeszcze dziewczyna, dzika, ale... – Zabiła staruszka za to, że rozpalił ogień. Zdrętwiał mu język. Makowe mleko mieszało mu w głowie. – Złamałem z nią przysięgę. Nie chciałem tego zrobić, ale... – Źle zrobiłem. Źle, że ją pokochałem, i źle, że ją opuściłem. – ...byłem za słaby. Półręki kazał mi być ich towarzyszem i mieć oczy otwarte. Musiałem spełniać wszystkie ich polecenia..."

 

 

Jakby tego było mało, Jon zostaje poinformowany o spaleniu Winterfell i śmierci Brana i Rickona. Rodzina zawsze była na pierwszym miejscu. Snow bardzo kochał swoich przyrodnich braci i strasznie cierpi. Dodatkowo, maester Aemon cały czas podaje mu makowe mleko, gdyż rana na nodze nie wygląda najlepiej. Sny jakie go nawiedzają nie napawają optymizmem.

 

 

"To niemożliwe. Theon nigdy by tego nie zrobił. A Winterfell... szary granit, dąb i żelazo, wrony krążące wokół wież, para buchająca z gorących źródeł w bożym gaju, kamienni królowie siedzący na tronach... jak Winterfell mogło spłonąć?

Kiedy nadeszły sny, wrócił w nich do domu. Pluskał się w gorących źródłach pod wielkim białym czardrzewem, które miało twarz jego ojca. Była z nim Ygritte. Śmiała się z niego, ściągała skórzane stroje, aż wreszcie zrobiła się naga jak w dzień imienia. Próbowała go pocałować, ale nie mógł na to pozwolić, nie na oczach ojca. W jego żyłach płynęła krew Winterfell i był człowiekiem z Nocnej Straży. Nie spłodzę bękarta – powiedział jej. Nie spłodzę. Nie spłodzę.

– Nic nie wiesz, Jonie Snow – wyszeptała. Jej skóra rozpuściła się w gorącej wodzie, a mięso odeszło od kości. Po chwili zostały z niej tylko czaszka i szkielet, a źródło bulgotało gęstą czerwienią"

 

 

W końcu Dzicy atakują. Jon wydaje rozkazy i zarządza całą obroną zamku. Mimo bólu i niesprawnej nogi, jest na murach Zamku i cały czas wspiera swoich braci. Daje im wskazówki jak atakować Dzikich. Broniąc przejścia pod Murem, Jon odkupi swoje winy. Tylko w taki sposób może zyskać ponowny szacunek swoich braci. Atak od południa na Czarny Zamek następuje nocą. Sytuacja jest tragiczna. Wszędzie wokół panuje chaos: giną Dzicy i ludzie z Nocnej Straży, zamek płonie, wszędzie widać dym, kurz i sterty gruzu. W bitwie Jon czuje się najlepiej! Do tego został stworzony! Wielkie czyny - to jego powołanie! Ma posłuch wśród swoich ludzi i dowodzi znakomicie. Mimo wielkiej przewagi Dzikich mały garnizon czarnych braci gromi ich. Niestety po bitwie Jon nie czuje się w pełni uszczęśliwiony. Widzi wokół ciała Dzikich, z którymi się zaprzyjaźnił. Nagle trafia na Ygritte:

 

 

"Ygritte znalazł leżącą na starym śniegu pod Wieżą Lorda Dowódcy. Między piersi miała wbitą strzałę. Na jej twarzy osadzały się kryształki lodu. W blasku księżyca wyglądało to tak, jakby nosiła błyszczącą, srebrną maskę.

Jon zauważył, że strzała jest czarna, lecz ma pierzysko z białych kaczych piór. Nie moja – pomyślał. To nie jest moja strzała. Czuł się jednak tak, jakby tak było.

Gdy uklęknął w śniegu obok niej, otworzyła oczy.

– Jon Snow – rzekła bardzo cicho. Wydawało się, że strzała przebiła jej płuco. – Czy to jest prawdziwy zamek? Nie tylko wieża?

– Tak.

Jon ujął jej dłoń.

– To dobrze – wyszeptała. – Chciałam zobaczyć prawdziwy zamek, nim... nim...

– Zobaczysz jeszcze sto zamków – obiecał. – Bitwa skończona. Zajmie się tobą maester Aemon. – Dotknął jej włosów. – Jesteś pocałowana przez ogień, pamiętasz? Masz szczęście. Potrzeba czegoś więcej niż strzała, żeby cię zabić. Aemon wyciągnie ją i załata cię. Damy ci trochę makowego mleka na ból.

Uśmiechnęła się na te słowa.

– Pamiętasz tę jaskinię? Mówiłam, że trzeba było w niej zostać.

– Wrócimy do niej – zapewnił. – Nie umrzesz, Ygritte. Nie umrzesz.

– Och. – Objęła dłonią jego policzek. – Nic nie wiesz, Jonie Snow – westchnęła i skonała"

 

 

Snow czuje się winny śmierci Ygritte, ale przecież nie mógł postąpić inaczej. Ona walczyła dzielnie ze swoimi towarzyszami, a on wspomagał swoich. Dwa serca, które biją jak jedno znalazły się po przeciwnych stronach Muru i tak już pozostało. Śmierć Ygritte głęboko rani Jona. Nic nie mógł jednak zrobić. Wybrał swoje przeznaczenie. W nocy nawiedzają go kolejne koszmary - próbuje w nich błagać Ygritte o przebaczenie. Śni o Winterfell i dociera do niego, że Winterfell nie powinno nic dla niego znaczyć, gdyż nie jest Starkiem... Jest tylko Jonem Snow.  Winterfell od zawsze było siedzibą dumnych Starków. Brak Ducha również działa na niego niekorzystnie. Martwi się o swojego wilkora, który jest tak naprawdę jego jedynym wiernym i godnym zaufania przyjacielem.  

 

 

Kiedy się budzi, okazuje się, żę tym razem od Północy przybył pod Mur Mance Rayder ze swoimi oddziałami i będzie szturmował wejście pod Murem. Ma ze sobą olbrzymi i mamuty. Sytuacja wydaje się być patowa. Jedynym pocieszeniem może być to, że Dzikim brakuje dyscypliny i nie są ze sobą odpowiednio zgrani w przeciwieństwie do strażników na Murze. Donal Noye broni wejścia pod Murem i przekazuje Jonowi dowodzenie samym Murem. Chłopak spisuje się świetnie!

 

 

"– NACIĄGNIJ. – Jon uniósł własny łuk i przyciągnął strzałę do ucha. Atłas podążył za jego przykładem, podobnie jak Grenn, Owen Przygłup, Zapasowy But, Czarny Jack Bulwer, Arron oraz Emrick. Zei oparła sobie kuszę o bark. Jon śledził wzrokiem zbliżający się taran, wlokące się ociężale po obu jego bokach mamuty i olbrzymów. Wydawali się stąd tacy mali, że mógłby ich zgnieść w jednej dłoni. Gdyby tylko była wystarczająco wielka. Szli przez pole śmierci. Setka wron poderwała się z padliny mamuta, uciekając przed zbliżającymi się z łoskotem dzikimi. Coraz bliżej i bliżej, aż wreszcie...

– WYPUŚĆ!

Czarne strzały pomknęły ze świstem w dół niczym pierzastoskrzydłe węże. Jon nie czekał, by sprawdzić, w co trafiły, lecz natychmiast sięgnął po drugi pocisk.

– NAŁÓŻ. NACIĄGNIJ. WYPUŚĆ. – Gdy tylko strzała opuściła cięciwę, znalazł następną. – NAŁÓŻ. NACIĄGNIJ. WYPUŚĆ. – I znowu. I znowu. Jon krzyknął do załogi trebusza i usłyszał skrzypienie oraz ciężki łoskot. Sto zaostrzonych, stalowych kruczych stóp pomknęło w górę. – Katapulty – zawołał. – Skorpiony. Łucznicy, strzelać bez rozkazu.

Strzały dzikich uderzały teraz o Mur, sto stóp pod nimi. Drugi olbrzym zachwiał się nagle na nogach. Nałóż, naciągnij, wypuść. Jeden z mamutów wpadł na drugiego, obalając na ziemię szereg olbrzymów. Nałóż, naciągnij, wypuść. Jon zauważył, że taran runął na ziemię, a pchające go olbrzymy są martwe albo konające.

– Strzały zapalające – krzyknął. – Chcę, żeby ten taran spłonął.

Ryki rannych mamutów i basowe wrzaski olbrzymów mieszały się z dźwiękiem bębnów i piszczałek, tworząc straszliwą muzykę. Mimo to łucznicy nie przestawali strzelać, jakby byli głusi niczym nieżyjący Dick Follard. Mogli być mętami zakonu, pozostawali jednak ludźmi z Nocnej Straży albo czymś bardzo do nich zbliżonym. I właśnie dlatego dzicy nie przejdą."

 

 

 

Jon jest odważny, bitny, mężny i waleczny, a poza tym to znakomity strateg i dowódca. Odpiera pierwszy atak, ale niestety Donal Noye i ludzie w tunelu giną. Mimo wszystko Jon zasłużył na pochwałę, gdyż spisał się kapitalnie. Wszyscy go podziwiają i są mu wdzięczni, że w tak trudnym momencie nie stracił głowy i wydawał odpowiednie rozkazy. Zadowolony Jon kładzie się spać. Musi odpocząć, ponieważ jutro czeka ich kolejne stracie. Niestety ktoś przerywa jego sen.

 

 

 

 

 

"– To jest ten sprzedawczyk, panie. Bękart Neda Starka z Winterfell – rzekł ser Alliser Thorne, który miał na sobie nieskazitelny, obszyty futrem płaszcz oraz lśniące buty.

– Nie jestem sprzedawczykiem, Thorne – odparł zimno Jon.

– Przekonamy się. – W skórzanym fotelu, w którym Stary Niedźwiedź zwykł pisywać listy, zasiadł wysoki, barczysty rumiany mężczyzna, którego Jon nie znał. – Tak, przekonamy się – powtórzył nieznajomy. – Mam nadzieję, że nie przeczysz, iż jesteś Jonem Snow? Bękartem Starka?

– Lubi się zwać lordem Snow.

Ser Alliser był szczupłym, żylastym, silnie umięśnionym mężczyzną, a w jego ciemnoszarych oczach pojawił się nagły błysk wesołości.

– To ty mnie tak przezwałeś – odparł Jon. Gdy ser Alliser był dowódcą zbrojnych w Czarnym Zamku, uwielbiał wymyślać przezwiska dla szkolonych przez siebie chłopców. Potem Stary Niedźwiedź wysłał Thorne’a do Wschodniej Strażnicy. To na pewno ludzie ze Wschodniej Strażnicy. Ptak doleciał do Pyke ‘a, który przysłał nam pomoc.

– Ilu ludzi przyprowadziliście? – zapytał siedzącego za stołem nieznajomego.

– Ja tu zadaję pytania – warknął mężczyzna o rumianych policzkach. – Oskarżono cię o złamanie przysięgi, tchórzostwo i dezercję, Jonie Snow. Czy zaprzeczasz temu, że porzuciłeś swych braci, by zginęli na Pięści Pierwszych Ludzi i przyłączyłeś się do dzikiego Mance’a Raydera, samozwańczego króla za Murem?

– Porzuciłem...

Jon omal się nie zadławił tym słowem.

– Panie – odezwał się maester Aemon – Donal Noye i ja omówiliśmy tę sprawę, gdy Jon Snow do nas wrócił i usatysfakcjonowały nas jego wyjaśnienia.

– Ale ja nie jestem usatysfakcjonowany, maesterze – odparł rumiany mężczyzna. – Sam wysłucham tych wyjaśnień. Tak jest!

Jon stłumił gniew.

– Nikogo nie porzuciłem. Opuściłem Pięść wraz z Qhorinem Półrękim. Wyruszyliśmy na zwiady do Wąwozu Pisków. Przyłączyłem się do dzikich na rozkaz Półrękiego, który obawiał się, że Mance mógł znaleźć Róg Zimy...

– Róg Zimy? – Ser Alliser zachichotał. – A czy rozkazał ci też policzyć ich snarki, lordzie Snow?

– Nie, ale ich olbrzymy policzyłem, najlepiej jak potrafiłem.

– Ser – warknął rumiany mężczyzna. – Będziesz się zwracał do ser Allisera „ser”, a do mnie „wasza lordowska mość”. Jestem Janos Slynt, lord Harrenhal, i przejąłem dowództwo w Czarnym Zamku do czasu powrotu Bowena Marsha z garnizonem. Będziesz się do nas zwracał z należytym poszanowaniem. Nie pozwolę, by z namaszczonego rycerza, takiego jak nasz dobry ser Alliser, naigrawał się bękart zdrajcy. – Uniósł dłoń i podsunął pod twarz Jona mięsisty palec. – Czy przeczysz, że dzieliłeś łoże z dziką kobietą?

– Nie. – Żałoba po Ygritte była zbyt świeża, by Jon mógł się jej teraz wyprzeć. – Nie przeczę, wasza lordowska mość.

– Pewnie powiesz, że to Półręki kazał ci się pieprzyć z tą nie mytą kurwą? – zapytał z drwiącym uśmieszkiem ser Alliser.

– Ser. Ona nie była kurwą, ser. Półręki kazał mi spełniać wszystkie ich polecenia, ale... nie zaprzeczam, że uczyniłem więcej, niż było to konieczne, że... czułem coś do niej.

– Czyli że przyznajesz, iż złamałeś przysięgę – skwitował Janos Slynt.

Jon wiedział, że połowa ludzi z Czarnego Zamku odwiedzała od czasu do czasu Mole’s Town, by szukać tam zakopanych skarbów, nie zamierzał jednak hańbić pamięci Ygritte, porównując ją z tamtejszymi kurwami.

– Przyznaję, że złamałem przysięgę z kobietą. Tak.

– Tak, wasza lordowska mość!

Gdy Janos Slynt robił groźną minę, jego policzki się trzęsły. Był tak samo masywny, jak Stary Niedźwiedź i jeśli dożyje wieku Mormonta, z pewnością całkiem wyłysieje. Już stracił połowę włosów, mimo że nie mógł liczyć sobte więcej niż czterdzieści lat.

– Tak, wasza lordowska mość – powtórzył Jon. – Jadłem i walczyłem razem z nimi, tak jak rozkazał Półręki, i dzieliłem też futra z Ygritte. Ale przysięgam wam, że nie zostałem renegatem. Uciekłem od magnara, kiedy tylko to było możliwe, i nigdy nie wystąpiłem zbrojnie przeciw mym braciom ani królestwu."

 

 

"– Mojego ojca zamordowano.

Jona przestało już obchodzić, co z nim zrobią. Nie zamierzał wysłuchiwać więcej kłamstw o ojcu.

Twarz Slynta nabrała purpurowego odcienia.

– Zamordowano? Ty bezczelny szczeniaku. Król Robert jeszcze nie zdążył ostygnąć, a lord Eddard już wystąpił przeciw jego synowi. – Wstał z fotela. Był niższy od Mormonta, lecz miał potężne ramiona i wielkie brzuszysko. Płaszcz na barku spinała mu brosza w kształcie małej złotej włóczni o czubku z czerwonej emalii. – Twój ojciec zginął od miecza, bo był wysoko urodzony i pełnił funkcję królewskiego namiestnika. Dla ciebie wystarczy pętla. Ser Alliserze, odprowadź tego renegata do celi.

– To mądra decyzja, wasza lordowska mość.

Ser Alliser złapał Jona za ramię.

Chłopak wyszarpnął się i pochwycił rycerza za gardło z taką gwałtownością, że podniósł go w górę. Udusiłby go, gdyby nie odciągnęli go ludzie ze Wschodniej Strażnicy. Thorne zatoczył się do tyłu, pocierając ślady, które palce Jona zostawiły na jego szyi.

– Sami widzicie, bracia. Ten chłopak to dziki."

 

 

Thorne i Slynt to główni wrogowie Jona Snow. Wykorzystują sytuację by pozbyć się chłopaka. Slynt chce zostać Lordem Dowódcą. Podejmują decyzję, że wyślą Jona na rozmowy z Mancem Rayderem (tak naprawdę ma go zabić). Jon udaje się więc do obozu Dzikich by udowodnić, że wciąż należy do Nocnej Straży. Nie chce umierać jako renegat i wiarołomca, ale nie jest w stanie zabić Króla-Za-Murem. W namiocie Mance'a Raydera przeprowadzają rozmowę na temat powrotu Jona do Nocnej STraży. Mance ma do chłopaka wielki żal. Ich debaty na temat Rogu Zimy i pokoju zostają jednak przerwane. Dzicy uciekają przed wojskami króla Stannisa Baratheona, który przybył aż ze Smoczej Skały by wspomóc strażników na Murze.  

 

 

Stannis rozlokowuje swoje oddziały na Murze, a Dzicy (nie wszyscy, gdyż niektórzy uciekają) zostają wzięci do niewoli. W między czasie przybywa również przyjaciel Jona - Sam. Sam zauważa, że Jon sprawia wrażenie człowieka starszego o wiele lat. Snow bardzo się zmienił od czasu ich ostatniego spotkania. Jest smutny, znużony i przygnębiony. Sam zdaje sobie sprawę z tego, że Jon tęskni za swoimi braćmi, Duchem oraz Ygritte. Samwell zapewnia przyjaciela, że niewielu ludzi na Murze wierzy w zdradę Jona. Tylko Thorne i Slynt. Jon pojmał syna Mance'a Raydera oraz zdobył Róg Zimy. Sam cały czas wspiera Jona. Pociesza go. Mimo to Jon cały czas jest przybity. Na Murze nie ma Lorda Dowódcy, a w dodatku po Zamku pałętają się ludzie króla Stannisa i królowej Selyse oraz czerwona kapłanka - Melisandre - doradczyni Stannisa. Jonowl nie podoba się, że najprawdopodobniej to SLynt zostanie Lordem Dowódcą i wtedy rozprawi się z bękartem ostatecznie. Sam rozważa słowa Jona: 

 

 

"Wracając do wieży maestera, grubas cały czas słyszał słowa przyjaciela. „Sam, jesteś słodkim durniem. Otwórz oczy. To dzieje się już od wielu dni”. Czy Jon mógł mieć rację? By zostać lordem dowódcą Nocnej Straży, trzeba było otrzymać głosy dwóch trzecich zaprzysiężonych braci. Po dziewięciu dniach i takiej samej liczbie głosowań nikt nawet się do tego nie zbliżył. To prawda, że lord Janos zyskiwał głosy, wyprzedzając najpierw Bowena Marsha, a potem Othella Yarwycka, nadał jednak był daleko za ser Denysem Mallisterem z Wieży Cieni i Cotterem Pyke’em ze Wschodniej Strażnicy. Z pewnością któryś z nich zostanie nowym lordem dowódcą – przekonywał się Sam."

 

 

Żeby zabić czas, Jon ćwiczy pojedynki z zaprzysiężonymi braćmi na placu. Melisandre oznajmia mu, że Stannis chce się z nim zobaczyć. Snow zdaje sobie sprawę z tego, że Stannis zdradza swoją żonę z Czerwoną Kapłanką.

 

 

"– Czego chce ode mnie Jego Miłość? – zapytał Jon, gdy wchodzili do klatki.

– Wszystkiego, co masz do dania, Jonie Snow. Jest królem.

Zatrzasnął drzwi i pociągnął za sznur dzwonka. Kołowrót zaczął się obracać i ruszyli w górę. Dzień był pogodny i Mur płakał. Po jego powierzchni spływały długie strużki wody, które lśniły w blasku słońca. W ciasnej żelaznej klatce bardzo dobitnie zdał sobie sprawę z bliskości kobiety w czerwieni. Nawet jej zapach jest czerwony. Przypominał mu kuźnię Mikkena, woń rozgrzanego do czerwoności żelaza, odór dymu i krwi. Pocałowana przez ogień – pomyślał, wspominając Ygritte. Wiatr szarpał długimi czerwonymi szatami Melisandre, które tłukły o nogi stojącego obok Jona.

– Nie jest ci zimno, pani? – zapytał.

– Nigdy nie marznę – odparła ze śmiechem. Rubin, który nosiła pod brodą, zdawał się pulsować w rytm uderzeń jej serca. – Żyje we mnie ogień Pana, Jonie Snow. Poczuj go. – Dotknęła dłonią jego policzka i przytrzymała ją na chwilę, by mógł poczuć, jaka jest ciepła. – Takie właśnie powinno być życie – oznajmiła. – Tylko śmierć jest zimna."

 

 

 

 

Okazuje się, że Stannis Baratheon znał Eddarda Starka lepiej niż Jon mógł się tego spodziewać. Co jak co, ale w honor i uczciwość Starka, Stannis wierzył zawsze. Oznajmia Jonowi, że ten przypomina mu Neda. Stannis wypytuje Jona co wie na temat Innych. W czasie tej rozmowy można odnieść wrażenie, że Jon stał się bardzo ostrożny, podejrzliwy, ale również skromny. Stannis chwali chłopaka i wyraźnie go podziwiaco Jonowi wydaje się nieco podejrzliwe. Dlaczego Król miałby go szanować? Przecież jest zwykłym bękartem. Stannis jest wdzięczny Jonowi, że pojmał synka Mance'a Raydera oraz jego dziką siostrę - Val i zdobył Róg Zimy. Wpisał się na karty historii. Zachował się jak prawdziwy wojownik. Rozmowa jednak przybiera nieoczekiwany obrót. Stannis chwali Jona dlatego, że ma w tym swój interes. Ma swoje plany co do Jona Snow i chce je zrealizować. Potrzebuje jedynie zgody młodzieńca.

 

 

"– Twój ojciec był człowiekiem honoru. Nie był mi przyjacielem, ale wiedziałem, ile jest wart. Twój brat był buntownikiem i zdrajcą, który chciał mi skraść połowę królestwa, nikt jednak nie mógłby odmówić mu odwagi. A ty?

Czy chce, żebym powiedział, że go kocham?

– Jestem człowiekiem z Nocnej Straży – odparł Jon sztywnym, uprzejmym tonem.

– Słowa. Słowa to wiatr. Jak sądzisz, dlaczego opuściłem Smoczą Skałę i pożeglowałem na Mur, lordzie Snow?

– Nie jestem lordem, panie. Mam nadzieję, że przybyłeś dlatego, iż prosiliśmy cię o pomoc. Nie wiem tylko, czemu trwało to tak długo.

Nieoczekiwanie Stannis uśmiechnął się na te słowa.

– Jesteś śmiały jak prawdziwy Stark. To prawda, że powinienem był przybyć wcześniej. Gdyby nie mój namiestnik, mógłbym nie uczynić tego w ogóle. Lord Seaworth jest człowiekiem skromnego pochodzenia, lecz to właśnie on przypomniał mi o mych obowiązkach, podczas gdy ja myślałem tylko o swych prawach. Davos powiedział mi, że stawiam wóz przed koniem. Próbowałem zdobyć tron, żeby uratować królestwo, a powinienem uratować królestwo, by zdobyć tron. – Stannis wskazał na północ. – Tam znajdę wroga, do walki z którym się narodziłem.

– Jego imienia nie wolno wypowiadać – dodała cicho Melisandre. – Jest Bogiem Nocy i Strachu, Jonie Snow, a te postacie w śniegu to jego stworzenia.

– Powiedziano mi, że zabiłeś jednego z tych chodzących trupów, żeby uratować życie lorda Mormonta – ciągnął Stannis. – Możliwe, że to również twoja wojna, lordzie Snow. Gdybyś tylko zechciał mi pomóc.

– Mój miecz jest zaprzysiężony Nocnej Straży, Wasza Miłość – odparł ostrożnie Jon Snow.

Te słowa nie przypadły królowi do gustu.

– Potrzebuję od ciebie czegoś więcej niż miecz – stwierdził Stannis, zgrzytając zębami.

– Panie? – zapytał zbity z tropu Jon.

– Potrzebuję północy.

Północy.

– Mój... mój brat Robb był królem północy.

– Twój brat był prawowitym lordem Winterfell. Gdyby został w domu i spełnił swój obowiązek, zamiast ogłosić się królem i ruszyć na podbój dorzecza, mógłby żyć do dziś. No, ale co się stało, to się nie odstanie. Nie jesteś Robbem, tak samo jak ja nie jestem Robertem.

Te brutalne słowa wyzuły Jona z wszelkiej sympatii do Stannisa.

– Kochałem brata.

– Ja swojego również."

 

 

Otrzymuje propozycje nie do odrzucenia...

 

 

"– Winterfell już nie istnieje. Theon Greyjoy puścił je z dymem.

– Granit nie płonie tak łatwo – wskazał Stannis. – Zamek można będzie z czasem odbudować. To nie mury czynią człowieka lordem, lecz on sam. Ludzie z północy nie znają mnie i nie mają powodu mnie miłować, będę jednak potrzebował ich siły w zmaganiach, które nadejdą. Potrzebny mi syn Eddarda Starka, który przyciągnie ich pod moje sztandary.

Chce mnie zrobić lordem Winterfell. Wiatr wciąż się wzmagał, a Jonowi kręciło się w głowie tak bardzo, że bał się, iż następny podmuch strąci go z muru.

– Wasza Miłość, zapominasz, że jestem Snowem, nie Starkiem.

– To ty o czymś zapominasz – poprawił go Stannis.

Melisandre położyła ciepłą dłoń na ramieniu Jona.

– Król może jednym podpisem zmyć skazę bękarctwa, lordzie Snow.

Lord Snow. Ser Alliser przezwał go tak po to, by drwić z jego bękarciego pochodzenia. Wielu braci przejęło od niego ten przydomek. Jedni zwali go tak z sympatią, inni chcieli go zranić. Nagle jednak przezwisko nabrało w uszach Jona innego brzmienia. Stało się... czymś realnym.

– To prawda – zaczął z wahaniem – zdarzało się, że królowie legitymizowali bękartów, ale... nadal pozostaję bratem z Nocnej Straży. Ukląkłem przed drzewem sercem i przysiągłem, że nie będę miał ziemi i nie spłodzę dzieci.

– Jon. – Melisandre stała tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu. – Jedynym prawdziwym bogiem jest R’hllor. Przysięga złożona drzewu nie ma większej mocy niż ta, którą złożyłbyś własnym butom. Otwórz swe serce i wpuść do niego światło Pana. Spal te czardrzewa i przyjmij Winterfell jako dar Pana Światła."

 

 

Jon Snow może zyskać to, o czym zawsze marzył... Może zostać lordem Winterfell, a przede wszystkim, zostać Starkiem. Starkiem, którego wszyscy będą szanowali i z którym będą się liczyli. Przez 14 lat Jon był upokarzany i raniony różnego rodzaju docinkami, ale teraz... teraz to wszystko może się zmienić... Wystarczy tylko, że... zegnie kolana przed Stannisem. Wystarczy, że uzna Baratheona jedynym prawdziwym królem Westeros, a otrzyma zaszczyty i chwałę... Ale czy aby na pewno?

 

 

"Kochałem Robba, kochałem ich wszystkich... Nie chciałem, żeby któremukolwiek z nich stała się krzywda. Ale się stała i teraz zostałem tylko ja. Wystarczy, by powiedział jedno słowo, a ze Snowa stanie się Jonem Starkiem. Wystarczy, by przysiągł temu królowi wierność, a Winterfell będzie należało do niego. Wystarczy, by... znowu złamał przysięgę.

I tym razem nie byłby to fortel. By zdobyć zamek ojca, musiałby się zwrócić przeciw jego bogom.

Król Stannis ponownie spojrzał na północ. Złoty płaszcz powiewał mu na ramionach.

– Możliwe, że mylę się co do ciebie, Jonie Snow. Obaj wiemy, co się opowiada o bękartach. Może brak ci honoru ojca albo wojennych zdolności brata. Ty jednak jesteś bronią, którą dał mi Pan. Znalazłem cię tutaj, tak jak ty znalazłeś pod Pięścią schowek ze smoczym szkłem, i zamierzam zrobić z ciebie użytek."

 

 

Wystarczy, że Snow zegnie kolano, a zostanie Jonem Starkiem. Owszem, potajemnie o tym marzył przez całe życie, ale... za jaką cenę? Musiałby wyrzec się tego co kochał i w co wierzył! Musiałby zdradzić Starych Bogów swojego ojca i przyjąć wiarę Pana Światła lady Melisandre.

 

 

Stannis Baratheon gwarantuje Jonowi nie tylko posiadłość, ale również żonę - Mance'a Raydera. W zamian rządza Daru Brandona - terenów leżących na południe od Muru oraz wszystkich zamków wzdłuż Muru. Będzie wspierał Nocną Straż, ale Nocna Straż będzie cały czas od niego zależna. Nie jest to uczciwa propozycja. To propozycja bardzo niewygodna. Istnieje jeszcze jedna sprawa, która zlości Stannisa - brak Lorda Dowódcy w Nocnej Straży. Wydaje rozkaz. Bracia muszą wybrać nowego Lorda Dowwódcę. Samwell postanawia wziąć sprawę w swoje ręce. Nie może pozwolić na to by wybrano Slynta. Sam wysuwa kandydaturę Jona Snow. Tak manipuluje Cotterem Pyke'iem i Denysem Mallisterem, że ci w końcu godzą się głosować na jednego wspólnego kandydata. Jon nie ma o niczym pojęcia. Cały czas walczy z propozycją Stannisa Baratheona. Cały czas się waha. Przypomina sobie jak Robb powtarzał mu, że nie może zostać lordem Winterfell bo jest bękartem. :

 

 

"Ponownie usłyszał głos Robba. Nie możesz być lordem Winterfell. Jesteś bękartem. Kamienni królowie również warczeli na niego, poruszając granitowymi językami. Nie powinieneś tu przebywać. To nie twoje miejsce. Gdy Jon zacisnął powieki, ujrzał drzewo serce o jasnych konarach, czerwonych liściach i poważnej twarzy. Lord Eddard zawsze mówił, że czardrzewo jest sercem Winterfell... ale, by uratować zamek, Jon musiałby wyrwać owo serce ze starożytnymi korzeniami i rzucić je na pożarcie głodnemu ognistemu bogu kobiety w czerwieni. Nie mam prawa tego zrobić – pomyślał. Winterfell należy do starych bogów."

 

Rozdarty wewnętrznie Jon cały czas toczy bój z samym sobą. Na szczęście odpowiedż przychodzi wcześniej niżby przypuszczał. Wraca Duch! To rozwiewa wszelkie wątpliwości Jona!

 

 

"Ygritte chciała, żebym został dzikim. Stannis domaga się, żebym stał się lordem Winterfell. Czego jednak pragnę ja? Słońce schodziło coraz niżej, aż wreszcie zniknęło za Murem w miejscu, gdzie zataczał on łuk, biegnąc przez wzgórza na zachodzie. Jon przyglądał się, jak wyniosła lodowa ściana rozbłyskuje czerwienią i różem zachodu. Czy wolałbym, żeby lord Janos powiesił mnie jako renegata, czy prędzej byłbym skłonny złamać przysięgę, ożenić się z Val i zostać lordem Winterfell? Jeśli tak to ująć, wybór wydawał się łatwy... choć, gdyby Ygritte jeszcze żyła, mógłby okazać się łatwiejszy. Nie znał Val. Z pewnością przyjemnie było na nią popatrzeć, a do tego była siostrą królowej Mance’a Raydera, niemniej jednak...

Gdybym pragnął miłości Val, musiałbym ją ukraść, lecz z drugiej strony mogłaby dać mi dzieci. Mógłbym któregoś dnia trzymać w ramionach syna zrodzonego z mojej krwi. Syn był czymś, o czym Jon Snow nie śmiał nawet marzyć, odkąd zaczął życie na Murze. Może dałbym mu na imię Robb. Val z pewnością pragnęłaby wychować syna siostry. Moglibyśmy wziąć go pod opiekę w Winterfell i chłopaka Goździk też. Sam nie musiałby kłamać. Znaleźlibyśmy też miejsce dla Goździk i Sam mógłby ją odwiedzać, może z raz na rok. Synowie Mance’a i Crastera dorastaliby jako bracia, tak jak ja i Robb.

Jon wiedział, że tego pragnie. Pragnął tego mocniej niż czegokolwiek dotąd. Zawsze tego pragnąłem – pomyślał, dręczony wyrzutami sumienia. Niech bogowie mi wybaczą. Był to rozdzierający go od wewnątrz głód, ostry jak nóż ze smoczego szkła. Głód... czuł go. Potrzebował żywności, zwierzyny, czerwonego jelenia, który cuchnął strachem, albo wielkiego łosia, dumnego i gotowego do walki. Musiał zabić zdobycz, wypełnić żołądek świeżym mięsem i ciepłą, ciemną krwią. Ślinka podeszła mu do ust na tę myśl.

Minęła dłuższa chwila, nim się zorientował, co się dzieje. Zerwał się nagle na nogi.

– Duch? – Odwrócił się w stronę lasu i zobaczył go. Wilkor stał bezgłośnie na tle zielonego mroku. Z jego otwartej paszczy buchał ciepły, biały oddech. – Duch! – zawołał Jon i zwierz zerwał się do biegu. Był teraz chudszy, lecz również większy. Nie wydawał żadnego dźwięku poza chrzęstem suchych liści pod łapami. Kiedy zobaczył chłopaka, skoczył na niego i obaj zaczęli się tarzać po zbrązowiałej trawie. Cienie były coraz dłuższe, a na niebie pojawiały się już pierwsze gwiazdy. – Bogowie, wilku, gdzie się podziewałeś? – zawołał Jon, gdy Duch przestał tarmosić jego przedramię. – Myślałem, że mi umarłeś, jak Robb, Ygritte i cała reszta. Kiedy wspiąłem się na Mur, przestałem cię wyczuwać, nawet w snach.

Wilkor nie potrafił mu odpowiedzieć, polizał jednak twarz Jona wilgotnym, szorstkim ozorem. Gdy w jego ślepiach odbiło się światło dogasającego dnia, zalśniły jak dwa wielkie czerwone słońca.

Czerwone oczy – pomyślał Jon. Ale nie takie jak oczy Melisandre. To były oczy czardrzewa. Czerwone oczy, czerwona paszcza, białe futro. Krew i kość, jak drzewo serce. On należy do starych bogów. Duch jako jedyny z wilkorów był biały. Znaleźli z Robbem w późnoletnim śniegu sześć szczeniaków. Pięć szarych, czarnych albo brązowych, dla pięciorga Starków i jednego białego, jak jego nazwisko.

To była odpowiedź, na którą czekał."

 

 

Szczęśliwy Jon wraca do Czarnego Zamku i pragnie oznajmić Stannisowi, że nie chce być lordem Winterfell, gdyż jego serce należy do Nocnej Straży i do Starych Bogów Północy! Kiedy wchodzi do wspólnej sali, w środku panuje wrzawa. Bracia kłócą się między sobą. Jon dowiaduje się, że została wysunięta jego kandydatura na Lorda Dowódcę co bardzo nie podoba się Thorne'owi i Slyntowi.  

 

 

"Jon Snow zauważył, że kolor twarzy Janosa Slynta przeszedł z czerwonego w purpurowy, lecz ser Alliser Thorne zrobił się zupełnie blady. Dowódca Wschodniej Strażnicy znowu walił pięścią w stół, tym razem domagając się kociołka. Niektórzy z jego przyjaciół podjęli ten okrzyk.

– Kociołek! – ryknęli jak jeden mąż. – Kociołek, kociołek, KOCIOŁEK!

Kociołek stał w kącie przy kominku. Był duży, czarny i brzuchaty, miał dwie wielkie rączki i masywną pokrywę. Maester Aemon szepnął słówko Samowi i Clydasowi, którzy złapali za uchwyty i wtaszczyli ciężki przedmiot na stół. Kilku braci ustawiało się już w kolejkę przy beczkach ze sztonami. Gdy Clydas uniósł pokrywę, omal nie upuścił jej sobie na nogi. Z ochrypłym wrzaskiem i łopotem skrzydeł z kociołka wyleciał wielki kruk. Ptaszysko pofrunęło w górę, być może szukając krokwi albo okna, przez które mogłoby uciec, w krypcie nie było jednak krokwi ani okien. Kruk znalazł się w pułapce. Kracząc głośno, okrążył salę raz, drugi i trzeci. Wtem Jon usłyszał krzyk Samwella Tarly’ego.

– Znam tego ptaka! To kruk lorda Mormonta!

Ptak wylądował na blacie najbliżej Jona.

– Snow – zakrakał. Był stary, brudny i przemoczony. – Snow – powtórzył. – Snow, snow, snow.

Podszedł do końca stołu, rozpostarł skrzydła i przefrunął na ramię Jona.

Lord Janos Slynt usiadł tak ciężko, że rozległ się głośny łoskot, ser Alliser wypełnił jednak salę drwiącym śmiechem.

– Ser Świnka ma nas wszystkich za głupców. To on nauczył ptaka tej sztuczki. One wszystkie potrafią mówić „snow”. Wejdźcie do ptaszarni i posłuchajcie sami. Ptak Mormonta znał więcej słów.

Ptak uniósł łebek i popatrzył na Jona.

– Ziarno? – zapytał z nadzieją. – Quork! – zawołał, gdy nie doczekał się ani ziarna, ani odpowiedzi. – Kociołek? Kociołek? Kociołek?

Potem były już tylko groty strzał, ulewa grotów, potop grotów, tyle grotów, że zatopiły resztkę kamyków i muszelek, a potem również miedziaki.

Gdy policzono głosy, Jona zewsząd otoczyli ludzie. Niektórzy poklepywali go po plecach, inni zaś opadali przed nim na jedno kolano, jakby był prawdziwym lordem. Tłoczyli się wokół niego Atłas, Owen Przygłup, Halder, Ropucha, Zapasowy But, Gigant, Mully, Ulmer z królewskiego lasu, Słodki Donnel Hill i pół setki innych.

– Bogowie, bądźcie łaskawi, nasz lord dowódca nosi jeszcze pieluchy – oznajmił Dywen, kłapiąc drewnianymi zębami.

– Mam nadzieję, że to nie znaczy, iż przy następnych ćwiczeniach nie będę cię mógł zbić na kwaśne jabłko, wasza lordowska mość – dodał Żelazny Emmett.

Trzypalcy Hobb chciał się dowiedzieć, czy Jon nadal będzie jadał z ludźmi, czy też woli, by zanoszono mu posiłki do samotni. Nawet Bowen Marsh podszedł do niego i oznajmił, że z chęcią nadal będzie pełnił obowiązki lorda zarządcy, jeśli takie jest życzenie lorda Snow.

– Lordzie Snow – zawołał Cotter Pyke – jeśli schrzanisz robotę, wyrwę ci wątrobę i zjem ją na surowo z cebulą."

 

 

 

Jon Snow zostaje wybrany 998 Lordem Dowódcą Nocnej Straży i czeka go niełatwa rozmowa ze Stannisem.

 

 

DALSZY CIĄG OCZYWIŚCIE JUTRO! BĘDZIE O ZMIANIE CHARAKTERU JONA JAKO LORDA DOWÓDCY. OMÓWIĘ TEŻ PIERWSZY ROZDZIAŁ "TAŃCA ZE SMOKAMI". BĘDZIE TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚC NASZEJ HISTORII.