Mroczni Kochankowie

Jon Snow - wulkan skryty pod czapą lodową. cz. VII

Uwaga! W tej części znajdują się spoilery dotyczące "Tańca ze smokami"!

 

Jon Snow znakomicie dowodził podczas oblężenia Muru. Zdobył Róg Zimy oraz pojmał Mance'a Raydera - przywódcę Dzikich, jego małego synka oraz siostrę - Val. Znaczącą rolę podczas ataku Dzikich na Mur odegrały wojska króla Stannisa Baratheona, który przybył aż ze Smoczej Skały by wspomóc Nocną Straż. Doradczynią Stannisa jest Melisandre z Asshai, Czerwona Kapłanka, która służy bogowi o imieniu R'hllor - Panowi Światła. Jest to bardzo tajemnicza, piękna, ale jednocześnie niebezpieczna kobieta. Przepowiedziała śmierć trzech królów - Joffreya, Robba oraz Renly'ego. Do śmierci jednego z nich sama przyłożyła rękę. Melisandre wierzy bowiem, że Stannis to wcielenie Azor Ahai - Wybawcy, który pokona okrutnego i złego boga - Innego. Kapłanka pragnie zbudzić z kamienia smoki, ale żeby tego dokonać potrzebuje królewskiej krwi. W swoich płomieniach widziała przyszłość. Na Murze przebywa jedna istota, która posiada, według Melisandre, krew królewską. Tą osobą jest syn Mance'a Raydera - Króla-Za-Murem. Mały chłopczyk miałby zostać spalony... Jakże okrutna wydaje się być lady Melisandre...

 

 

15-letni Snow został wybrany 998 Lordem Dowódcą. Wybrali go jego bracia, ale olbrzymią rolę w wyborach odegrał Samwell Tarly. To on wysunął kandydaturę bękarta z Winterfell. Moment ten był dla Jona spełnieniem jego marzeń. Kiedy tylko przybył na Mur, pragnął dokonywać rzeczy wielkich. Wiedział, że włada bronią lepiej niż pozostali bracia i wiedział, że wyróżnia się zapałem, determinacją i męstwem. Być może był najlepszym strażnikiem na Murze. Do pełni szczęścia zabrakło mu niewiele... Jednakże jego pochodzenie, nawet tutaj na Murze, było przeszkodą. Nie wszyscy czarni bracia go akceptowali. Dlatego, żeby zdobyć ich zaufanie, żeby osiągnąć cokolwiek i zasłużyć na ich przyjaźń i szacunek, musiał wykonywać naprawdę skomplikowane i trudne zadania. Ze wszystkich wywiązywał się perfekcyjnie. Poza znajomością z Ygritte, która nie była niezbędna, ale innego wyboru chłopak nie miał.

 

 

Bycie Lordem Dowódcą okazuje się być nielada wyzwaniem. Jon ma na głowie tysiące obowiązków. Musi doglądać Muru, wysyłać patrole, wydawać rozkazy swoim ludziom, zajmować się ludźmi króla i królowej, Dzikimi zamkniętymi za palisadami, wysłuchiwać raportów obserwatorów, zwiadowców, zarządców i budowniczych, doradzać im i martwić się o zapasy. Poza tym, jak na złość, Stannis rząda od niego ziem Nocnej Straży oraz wszystkich warowni na Murze. Chce go uczynić Lordem Winterfell, swoim sługusem i wiernym poddanym, za którym opowiedzą się lordowie Północy. A w dodatku Jon za wszelką cenę nie może pozwolić na to by Melisandre spaliła synka Mance'a Raydera. Dla chłopaka oczywiste jest, żę nie płynie w jego żyłach żadna królewska krew, gdyż Mance nie był Królem. Został nim wybrany przez Dzikich i chodziło raczej o sam tytuł, a nie królewskie pochodzenie. Dzicy byli wolnymi ludźmi i wybierali Króli jak tylko im się podobało. (chyba, że Melisandre faktycznie wie lepiej i Mance Rayder jest kimś więcej niż nam się może wydawać!). Charakter Jona nie pozwala mu tolerować takiego okrucieństwa na Murze, dlatego postanawia za wszelką cenę działać.

 

 

". Dwóch królów, żeby obudzić smoka, przypomniał sobie. Najpierw ojciec, a potem syn, więc obaj umarli królami. Coś takiego wymamrotał jeden z ludzi królowej, kiedy maester Aemon czyścił jego rany po bitwie. Jonem wstrząsnęły te słowa, kiedy mu je powtórzono. - To było bredzenie w gorączce - powiedział, ale maester Aemon był innego zdania. - W królewskiej krwi drzemie moc, Jon - ostrzegł - a ludzie lepsi od Stannisa robili gorsze rzeczy. Król może być surowy i nieprzejednany, zgadza się, ale niemowlę przy piersi? Tylko potwór oddałby żyjące dziecko płomieniom." TANIEC ZE SMOKAMI 1 ROZDZIAŁ JONA.

 

Jak słusznie zauważył młodzieniec, palenie niewinnych to czyste okrucieństwo. Jon jako człowiek honoru, uczciwy, litościwy i prawy, nigdy nie zezwoli na takie praktyki, pod swoimi rządami, na Murze. Snow to potomek Starków i nie splami swojego honoru niegodziwym czynem. Poza tym, to chłopiec o gołębim sercu. Jona czeka teraz piekielnie trudna rozmowa z królem Stanissem. Musi mu wyjaśnić, żę za żadne skarby śiata, nawet za tytuł lorda Winterfell, nie odda mu zamków Nocnej Straży. Jeśli Stannis przejmie władzę nad Murem to co się stanie z Nocną Strażą? Co się stanie z jej Lordem Dowódcą? Jon nie może pozwolić na to by zostali marionetkami w ręku Stannisa. Poza tym, Nocna Straż nigdy nie mieszała się do żadnych wojen i tym razem, nie może być inaczej.

 

 

"Jon odsunął kubek i ponownie przeczytał pergamin. Jeśli położę pod tym swoją pieczęć, na zawsze zapamiętają mnie, jako lorda dowódcę, który oddał Mur, pomyślał, jeśli jednak odmówię... Stannis Baratheon był nieznośnym gościem, a do tego nie znał spoczynku. Objechał Królewski Trakt aż do Zrębu Królowej, przetrząsnął opustoszałe chaty Mole's Town, zinspektował zburzone forty przy Bramie Królowej i Dębowej Tarczy. Każdej nocy spacerował po Murze z lady Melisandre, a w dzień odwiedzał palisady, wybierając tych, których miała przesłuchać czerwona kobieta. Nie lubi, gdy coś idzie nie po jego myśli. Jon obawiał się, że to nie będzie przyjemny poranek."

 

 

Po mianowaniu Jona, Lordem Dowódcą, chłopak wymaga także odpowiedniego traktowania swojej osoby. Jest dumny i nieco wyniosły, ale to cechy wodzów. Musi być silny. Maester Aemon poradził mu by zabiłł chłopca, który jeszcze w nim drzemie, a stał się mężczyzną (Jon - 2 rozdział "Tańca ze smokami"). Jon nie może być sentymentalny jeśli chce dowodzić taką formacją jak Nocna Straż. Musi być wymagający, ostry, szanowany, niepobłażliwy, bezwzględny, musi podejmować słuszne decyzje i nie może okazywać zwątpienia, wahania lub strachu.

 

 

Jon się zmienia. Gdy zostaje Lordem Dowódcą, wkracza w trzeci etap swojej metamorfozy. Z buntowniczego młodzieńca popełniającego sporo błędów i działającego zbyt pochopnie staje się pewnym siebie, zahartowanym, twardym, a nawet nieco niedostępnym, człowiekiem. Oczekuje, żę jego zaprzysiężeni bracia będą zwracać się do niego "lordzie dowódco", siadać w jego samotni tylko i wyłącznie na jego rozkaz i odczuwać wobec niego respekt. Tak długo musiał czekać na to, by wzbudzać podziw. Teraz ma na swojej głowie sporo.

 

 

"Jon przechodził obok nich, zawołał na niego jakiś donośny głos.

- Chłopcze! Ty, tam! Chłopcze!

"Chłopiec" to nie było najgorsze określenie, jakie usłyszał od czasu, gdy wybrano go lordem

dowódcą. Zignorował krzyk.

- Snow - nalegał głos. - Lordzie Dowódco.

Tym razem zatrzymał się i odwrócił."

 

 

Jon nie ma zamiaru wysłuchiwać obelg i wyśmiewania się. Nie będzie reagował na nieodpowiednie zawołania. Jest w końcu Lordem Dowódcą, najważniejszym człowiekiem na Murze, ma władzę w swoim ręku i dowodzi wszystkimi strażnikami. Ludzie króla Stannisa i królowej Selyse także powinni zwracać się do niego z szacunkiem, gdyż śpią pod jego dachem, a także korzystają z zapasów, które należą do Nocnej Straży. Takie zachowanie Jona wydaje się być uzasadnione, biorąc pod uwagę to wszystko, co musiał przejść, by zajść aż tak wysoko. Od zera do bohatera. Zbyt długo pracował na poważanie by teraz dać sobą pomiatać. Jeśli tylko będzie chciał, może ukarać uciążliwych ludzi.

 

 

Jon udaje się na rozmowę z królem.

 

 

"W komnacie powietrze było ciepłe. Lady Melisandre siedziała przy ogniu, na jasnej skórze jej szyi połyskiwał rubin. Ygritte została ucałowana przez ogień; czerwona kapłanka była ogniem, a jej włosy to była krew i płomień. Stannis stał za nieheblowanym stołem, gdzie niegdyś zasiadał Stary Niedźwiedź, żeby spożywać swoje posiłki."

 

 

Stannis jest wściekły, ponieważ z ludzi Północy poparli go tylko Karstarkowie, a Mormontowie nie uważają Stannisa za prawdziwego króla. Podobnie większość innych chorążych Neda Starka. Jon dowiaduje się, żę Stannis pragnie pozbyć się Mance'a Raydera. Mance ma zostać spalony. Baratheon jesy oburzony zachowaniem Jona. Nie może uwierzyć w to, żę bękart Neda Starka nie zgadza się na jego propozycje. Oczekuje od Snowa oddania i służby.

 

 

"- Prawo kończy się na Murze, Wasza Wysokość. Mance mógłby ci się przydać.

- I przyda się. Spalę go i pokażę północy, jak postępuję z krzywoprzysiężcami i zdrajcami. Mam innego człowieka, który poprowadzi dzikich. I nie zapominaj, że mam syna Raydera. Kiedy jego ojciec umrze, szczeniak będzie Królem Za Murem.

- Wasza Wysokość się myli. - Nic nie wiesz, Jonie Snow, mawiała Ygritte, ale on się nauczył. -

Dziecko jest tak samo księciem, jak Val księżniczką. Nie stanie się Królem Za Murem dlatego, że jego ojciec nim był.

- Dobrze - stwierdził Stannis - bo nie toleruję żadnych innych królów w Westeros. Dość o Rayderze. Podpisałeś darowiznę?

Zaczyna się. Jon zacisnął swe poparzone palce i ponownie je rozwarł.

- Nie, Wasza Wysokość. Prosisz o zbyt wiele.

- Proszę? Prosiłem cię, byś został lordem Winterfell i Namiestnikiem Północy. Zamków się

domagam.

- Ofiarowaliśmy ci Nocny Fort - powiedział Jon Snow.

- Szczury i ruiny. Skąpy dar, który darczyńcę nic nie kosztuje. Twój własny człowiek, Yarwick, mówi, że minie pół roku, nim zamek będzie się nadawał do zamieszkania.

- Pozostałe forty nie są w lepszym stanie.

- Wiem o tym. To nie ma znaczenia. To wszystko, co mamy. Wzdłuż Muru jest dziewiętnaście fortów, a ty możesz obsadzić ludźmi tylko trzy z nich. Ja mam zamiar w każdym z nich ulokować na powrót garnizon, i to przed końcem roku.

- Nie sprzeciwiam się temu, panie, ale mówi się także, że masz zamiar podarować te zamki na własność swoim rycerzom i lordom, jako wasalom Waszej Wysokości.

- Od królów oczekuje się szczodrości względem ich poddanych. Czy lord Eddard niczego nie nauczył swojego bękarta? Wielu z moich rycerzy i lordów opuściło swe bogate ziemie i porzuciło zamki na południu. Czy ich lojalność ma pozostać nienagrodzona?

- Jeśli Wasza Wysokość chce utracić wszystkich chorążych mego pana ojca, nie ma na to pewniejszego sposobu, niż oddać północne zamki południowym lordom.

- Jak mogę utracić ludzi, których nie mam? Miałem nadzieję podarować Winterfell człowiekowi z północy, jeśli sobie przypominasz. Synowi Eddarda Starka. Rzucił mi moją propozycję w twarz. -"

 

 

Jon udowadnia, że jest odważny i nie boi się przeciwstawić Stannisowi. Nie jest idiotą i wie co oznaczałoby pozbawienie Nocnej Straży warowni. Stannis nie ma pojęcia, że Jon podjął już decyzję co do synka Mance'a Raydera. Jon zaplanował zamianę dzieci. Synek Mance'a Raydera pojedzie wraz z Goździk - przyjaciółką Samwella na Południe, a dziecko Goździk będzie przez pewien czas udawało synka Mance'a Raydera. W ten sposób Melisandre nie będzie miała dostępu do niemowlaka.

 

 

Rozmowa pomiędzy Jonem, a Stannisem wymyka się spod kontroli. Ich stosunki nie należą do najłatwiejszych. Obydwoje mają silne charaktery i obydwoje chcą sprawować władzę. Jon nie chce uzależnienia Nocnej Straży od Króla, a Król pragnie władzy na Murze oraz poza nim. A w konsewkwencji - tronu Westeros. Jon pozostaje nieugięty.

 

 

"

- Wasza Wysokość - powiedział Jon z chłodną uprzejmością - gościłem twoich ludzi i karmiłem ich, uszczuplając znacznie nasze zimowe zapasy. Odziewałem ich, żeby nie zamarzli. Stannis nie okazał zadowolenia.

- Tak, podzieliłeś się swoją solą, wieprzowiną i owsianką, i podrzuciłeś nam jakieś czarne łachy, żeby nas ogrzać. Łachy, które dzicy zdarliby z waszych trupów, gdybym nie przybył na północ. Jon to zignorował.

- Dałem wam obrok dla koni, a kiedy ukończymy schody, dam wam budowniczych, którzy odbudują Nocny Fort. Pozwoliłem ci nawet trzymać dzikich na Darze, który został dany Nocnej Straży na wieczność.

- Oferujesz mi opustoszałe krainy i pustkowia, a jednak odmawiasz mi zamków, których potrzebuję, by wynagrodzić moich lordów i chorążych.

- Nocna Straż wybudowała te zamki...

- I Nocna Straż je porzuciła.

- ...żeby bronić Muru - dokończył z uporem Jon - nie po to, by stały się posiadłościami dzikich i południowych lordów. Zaprawą dla tych kamieni są krew i kości moich dawno zmarłych braci. Nie mogę ci ich oddać.

- Nie możesz czy nie chcesz? - Wiązadła głosowe na szyi króla rysowały się ostro, jak miecze. - I pomyśleć, że ofiarowałem ci nazwisko.

- Mam nazwisko, Wasza Wysokość.

- Snow. Czy było kiedykolwiek bardziej złowróżbne nazwisko? - Stannis dotknął rękojeści swojego miecza. - Za kogo ty się w ogóle uważasz?

- Za strażnika na murach. Za miecz w ciemności.

- Przestań bredzić. - Stannis wyciągnął miecz, który nazywał Światłonoścą. - Oto twój miecz w ciemności. - Światło przepłynęło falą w górę i w dół ostrza, czerwone, żółte, pomarańczowe, barwiąc twarz króla w ostre, jaskrawe kolory. - Nawet żółtodziób powinien być w stanie to dostrzec. Jesteś ślepy?

- Nie, panie. Zgadzam się, że zamki trzeba obsadzić...

- Chłopiec dowódca się zgadza. Jakie to szczęście.

- ...Nocną Strażą - dokończył Jon.

- Nie masz ludzi.

- Więc daj mi ich, panie. Zapewnię dowódców dla każdego z opuszczonych fortów, doświadczonych ludzi, którzy znają Mur i kraj za nim, którzy wiedzą najlepiej, jak przetrwać nadchodzącą zimę. W zamian za wszystko, co ci daliśmy, ofiaruj mi ludzi, by skompletować garnizony. Zbrojnych, kuszników, niedoświadczonych chłopców. Wezmę nawet rannych i zniedołężniałych. Stannis popatrzył na niego z niedowierzaniem, a potem zaśmiał się chrapliwie.

- Jesteś śmiały, Snow, muszę ci to przyznać, ale jesteś szalony, jeśli myślisz, że moi ludzie przywdzieją czerń.

- Mogą nosić płaszcze w dowolnym kolorze, jeśli tylko będą słuchali moich dowódców tak, jakby byli twoi właśni.      Król stał nieporuszony.

- Mam w służbie rycerzy i lordów, potomków starych, szlachetnych rodów. Nie możesz od nich oczekiwać, że będą słuchać rozkazów kłusowników, wieśniaków i morderców. Lub bękartów, panie?

- Twój Namiestnik jest przemytnikiem.

- Był przemytnikiem. Obciąłem mu za to palce. Podobno jesteś dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym dowódcą Nocnej Straży, lordzie Snow. Ciekawe, co na temat tych zamków miałby do powiedzenia dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty dowódca. Widok twojej głowy zatkniętej na pice mógłby skłonić go do większej współpracy. - Król ułożył swój jasny miecz na mapie, wzdłuż linii Muru; jego stal błyszczała, jak światło słoneczne na powierzchni wody. - Jesteś lordem dowódcą tylko z mojej łaski. Zechciej o tym pamiętać.

- Jestem lordem dowódcą, ponieważ wybrali mnie nim moi bracia.

- Doprawy? - Mapa rozpościerała się pomiędzy nimi jak pole bitwy, zalana kolorami jaśniejącego miecza. - Allister Thorne skarży się na sposób, w jaki cię wybrano, i nie mogę powiedzieć, że nie spotkała go krzywda. Głosy podliczał ślepiec, którego pomocnikiem był twój gruby przyjaciel. A Slynt nazywa cię wiarołomcą.

A kto wie więcej na ten temat, niż Slynt?

- Wiarołomca powiedziałby ci to, co chcesz usłyszeć, a później by cię zdradził. Wasza Wysokość wie, że zostałem wybrany uczciwie. Mój ojciec zawsze powtarzał, że jesteś człowiekiem sprawiedliwym. - Sprawiedliwym, lecz srogim, tak dokładnie brzmiały słowa Eddarda Starka, ale Jon nie uważał, by rozsądnie było się tym dzielić.

- Lord Eddard nie był moim przyjacielem, ale nie był pozbawiony rozsądku - stwierdził Stannis. -

On dałby mi te zamki.

Nigdy.

- Nie mogę orzekać, co zrobiłby mój ojciec. Złożyłem przysięgę, Wasza Wysokość. Mur jest mój.

- Na razie. Zobaczymy, jak zdołasz go utrzymać. - Stannis wytknął go palcem. - Zatrzymaj swoje ruiny, skoro tak wiele dla ciebie znaczą. Obiecuję ci jednak, że jeśli z końcem roku chociaż jeden zamek pozostanie pusty, wezmę je za twoim pozwoleniem, lub bez niego. A jeśli chociaż jeden z nim wpadnie w ręce wroga, twoja głowa spadnie. Teraz się wynoś."

 

 

To starcie dwóch silnych osobowości. Honor, godność i duma Jona nie pozwalają mu na pobłażliwość wobec króla Stannisa. Jest odpowiedzialny za Nocną Straż i bracia oczekują od niego, że w odpowedni sposób będzie nimi dowodził. Wszystkie zadania Jon stara się wykonywać jak najlepiej. Mur należy do niego. Lady Melisandre zabiera odprowadza Jona.

 

 

"- Za twoim pozwoleniem, panie, odprowadzę lorda Snow do jego komnat.

- Po co? Zna drogę. - Stannis przegnał ich machnięciem ręki. - Rób, jak uważasz. Devan, jedzenie. Gotowane jajka i cytrynowa woda. Po ciepłym wnętrzu komnaty króla kręcone schody wydawały się lodowato zimne.

- Wiatr się wzmaga, pani - kapitan ostrzegł Melisandre, kiedy oddawał Jonowi jego broń. - Może przydać ci się cieplejszy płaszcz.

- Ogrzewa mnie moja wiara. - Czerwona kobieta ruszyła schodami w dół obok Jona. - Jego Wysokość zaczyna cię lubić.

- Zauważyłem. Tylko dwa razy groził mi ścięciem.

Melisandre roześmiała się.

- Powinieneś się obawiać jego milczenia, nie słów. - Kiedy wyszli na dziedziniec, wiatr wydął płaszcz Jona i targnął nim w jej stronę. Czerwona kapłanka odsunęła czarną wełnę i wsunęła rękę pod jego ramię. - Być może nie mylisz się co do króla dzikich. Zajrzę w płomienie i pomodlę się do Pana Światła, by zesłał mi wskazówkę. Mój ogień pokazuje mi dużo więcej, Jonie Snow. Mój wzrok sięga poprzez kamień i ziemię, i znajduje prawdę, ukrytą w mrokach ludzkiej duszy. Mogę rozmawiać z dawno zmarłymi królami i nienarodzonymi jeszcze dziećmi, i spoglądać w następne pory roku, aż do końca świata.

- Czy twoje płomienie nigdy się nie mylą?

- Nigdy... chociaż my, kapłani, jesteśmy śmiertelnikami i czasami błądzimy, myląc to, co musi nastąpić, od tego, co może nastąpić.

Jon czuł bijący od niej żar nawet przez wełnę i utwardzaną skórę. Widok ich razem, ramię w ramię, przyciągał ciekawskie spojrzenia. Wieczorem w barakach będą szeptać.

- Jeśli faktycznie widzisz w płomieniach przyszłość, powiedz mi, gdzie i kiedy uderzą znowu dzicy - powiedział, uwalniając się od niej.

- R'hllor zsyła nam wizje, które on uzna za stosowne, ale poszukam tego Tormunda w płomieniach.

- Czerwone usta Melisandre ułożyły się w uśmiech. - Widziałam w moich płomieniach ciebie, Jonie Snow.

- Czy to groźba, pani? Mnie też chcesz spalić?

- Źle mnie zrozumiałeś. - Roześmiała się. - Obawiam się, że przeze mnie tracisz spokój, lordzie Snow.

Jon nie zaprzeczył.

- Mur to nie miejsce dla kobiety.

- Mylisz się. Śniłam o twoim Murze, Jonie Snow. Wybudowała go wielka mądrość, a pod lodem zamknięto potężne zaklęcia. Chodzimy w cieniu jednej z największych osi tego świata. - Melisandre wpatrywała się czule w Mur, jej oddech unosił się w powietrzu wilgotną mgiełką. - To tak samo moje miejsce, jak twoje, a wkrótce możesz mnie bardzo potrzebować. Nie odrzucaj mojej przyjaźni, Jon. Widziałam cię pośród szturmu, wrogowie napierali na ciebie mocno ze wszystkich stron. Masz wielu wrogów. Czy mam podać ci ich imiona?

- Znam ich imiona.

- Nie bądź tego taki pewien. - Rubin na szyi Melisandre zalśnił czerwienią. - To nie tych wrogów, którzy rzucają ci w twarz przekleństwa, winieneś się obawiać, lecz tych, którzy uśmiechają się, gdy na nich patrzysz, i ostrzą noże, gdy odwracasz się do nich plecami. Dobrze byś zrobił, gdybyś trzymał wilka blisko siebie. Widzę lód i sztylety w ciemności (zapowiedź śmierci Jona - zostanie zasztyletowany). Krew czerwoną i zamarzniętą, i nagą stal. Było bardzo zimno.

- Na Murze zawsze jest zimno.

- Tak myślisz?

- Ja to wiem, pani.

- Więc nic nie wiesz, Jonie Snow - wyszeptała."

 

 

 

 

Lady Melisandre nie tylko przypomina Ygritte, ale też mówi w sposób podobny do Dzikiej dziewczyny. Pewne jest, że Mel widzi przyszłośc w swoich płomieniach i potrafi na nią wpływać. Z jednej strony to niebezpieczna kobieta, ale z drugiej wygląda na to, że wie sporo na temat Innych oraz samego Jona Snow. Ona, podobnie jak Ygritte, uważa Jona za kogoś wyjątkowego. Lepiej nie robić sobie z niej wroga. Wydaje się, że potrafi manipulować Stannisem i wpływać na jego decyzje. Jej wiara jest jej największym atutem. To zagadkowa czarodziejka. Widziała w płomieniach śmierć Jona Snow i ostrzega go przed fałszywymi przyjaciółmi.  

 

 

W 4. tomie. - "Uczta dla wron" - Jon Snow pojawia się tylko i wyłącznie w rozdziałach Sama. Sam i reszta przyjaciół Jona zauważają zmianę jaka nastąpiła w chłopaku. Dochodzą do wniosku, że Jon się od nich odsunął. Nie poświęca swoim towarzyszom tyle czasu, co kiedyś. Jest zbyt zajęty by z nimi porozmawiać. Grenn, Pyp i Sam mają o to żal do Jona.

 

 

"— Nie mam dziś czasu na strzelanie z łuku. Muszę się zobaczyć z Jonem.

— Z Jonem? Z Jonem? Czy znamy kogoś o tym imieniu, Grenn?

— On mówi o Lordzie Dowódcy.

— Aaach. O wielkim lordzie Snow. Oczywiście. A czemu chcesz się z nim widzieć? On nawet nie umie ruszać uszami. — Pyp zademonstrował, że to potrafi. Uszy miał wielkie i czerwone od mrozu. — Naprawdę został teraz lordem Snow. Jest cholernie szlachetnie urodzony i nie zadaje się z takimi jak my.

— Ma mnóstwo obowiązków — bronił go Sam. — Mur należy do niego i wszystko, co się z nim wiąże.

— Człowiek ma obowiązki również wobec przyjaciół. Gdyby nie my, to Janos Slynt mógłby zostać naszym Lordem Dowódcą. A on wysłałby Jona Snow na wyprawę nago na mule. Powiedziałby mu: „Zapychaj do Twierdzy Crastera i przywieź mi płaszcz oraz buty Starego Niedźwiedzia”. Uratowaliśmy go przed tym, a teraz on ma za dużo obowiązków, żeby wypić z nami kubek grzanego wina przy ognisku?

— Obowiązki nie przeszkadzają mu ćwiczyć — zgodził się Grenn. — Prawie co dzień walczy z kimś na dziedzińcu.

Sam musiał przyznać, że to prawda. Kiedyś, gdy Jon przyszedł się naradzić z maesterem Aemonem, zapytał go, czemu poświęca tak wiele czasu na naukę szermierki."

 

 

Z jednej strony przyjaciele Jona mają rację, gdyż nie ma ważniejszych obowiązków od prawdziwej przyjaźni. Jon zaniedbał swoich braci. "Wielki Lord Snow" ma na głowie tysiące różnych spraw i czeka go podjęcie paru niezwykle trudnych decyzji. Musi oznajmić Samowi, żę wysyła go na Południe razem z Goździk. Rozmowa z przyjaciółką Samwella była dla Jona niezwykle skomplikowana. Z ciężkim sercem musiał wyjaśnić Goździk, żę zamierza podmienić dzieci! Dla matki nie ma nic straszniejszego niż utrata nowo narodzonego dziecka. A tego wymagał Jon. Podczas rozmowy z Goździk ani razu nie pokazał swojej słabości! Cały czas wmawiał sobie, że "musi zabić chłopaka jaki w nim drzemie, musi być twardy i nieustępliwy". Nie wzruszyły go nawet płacz i lament Goździk. Zagroził jej nawet, że jeśli się nie zgodzi to jej synka spotka coś złego! To okrutne ultimatum, ale Snow nie miał innego wyjścia. Z jednej strony postąpił samolubnie, ale z drugiej walczył o dobro obu niemowląt. Zapewnił Goździk, że nic nie stanie się jej prawdziwemu synkowi, gdyż Snow cały czas będzie nad nim czuwał. Gdyby Samwell słyszał tę rozmowę na pewno wpadłby w złość. Jon potraktował Goździk okrutnie, ozięble i nieczule, ale wszystko to robił dla jej dziecka! Albo raczej dla dziecka Mance'a Raydera... (opis na podstawie 2. rozdziału Jona z 5. tomu).

 

 

W "Uczcie dla wron" czytamy rozmowę Jona i Sama z perspektywy Samwella, natomiast w "Tańcu ze smokami" widzimy wszystko oczyma Jona, przez co łatwiej zrozumieć jego postepowanie. Skupmy się na razie na punkcie widzenia Sama. (kiedy przeczytam cały 5. tom napiszę dalszy ciąg z punktu widzenia Jona - tym bardziej, żę on i Sam się rozdzielają).

 

 

"— List do króla Tommena?

— W Winterfell Tommen walczył z moim bratem Branem na drewniane miecze. Miał pod zbroją tyle wyściółki, że wyglądał jak nadziewana gęś. Bran obalił go na ziemię. — Jon podszedł do okna. — Ale teraz Bran nie żyje, a pulchny, różowolicy Tommen zasiada na Żelaznym Tronie i na jego złotych lokach spoczywa korona.

Bran żyje — pragnął mu powiedzieć Sam. — Pojechał za Mur z Zimnorękim. Jednakże słowa uwięzły mu w gardle. Przysiągłem, że nikomu nie powiem.

— Nie podpisałeś listu.

— Stary Niedźwiedź sto razy błagał Żelazny Tron o pomoc i przysłali mu Janosa Slynta. Żaden list nie sprawi, że Lannisterowie zapałają do nas większą miłością. Nie, jeśli usłyszą, że pomagamy Stannisowi.

— Tylko w obronie Muru, nie w jego buncie. — Sam pośpiesznie przeczytał list po raz drugi. — Tak jest tu napisane.

— Ta różnica może umknąć uwadze lorda Tywina. — Jon wziął list z rąk Sama. — Dlaczego miałby teraz nam pomóc? Nigdy dotąd tego nie robił.

— Z pewnością nie chciałby, żeby mówiono, że Stannis stanął w obronie królestwa, a król Tommen bawi się swoimi zabaweczkami — zauważył Sam. — To ściągnęłoby pogardę na ród Lannisterów.

— To śmierć i zniszczenie pragnę ściągnąć na ród Lannisterów, nie pogardę. — Jon uniósł list. — „Nocna Straż nie bierze udziału w wojnach toczonych w Siedmiu Królestwach — zaczął czytać. — Nasza przysięga każe nam bronić królestwa, a królestwu zagraża obecnie straszliwe niebezpieczeństwo. Stannis Baratheon udzielił nam wsparcia w walce z naszymi wrogami zza Muru, choć nie jesteśmy jego ludźmi...”.

— No bo nie jesteśmy — wtrącił Sam. — Prawda?

— Dałem Stannisowi prowiant i schronienie. Oddałem mu też Nocny Fort i pozwoliłem osiedlić w Darze pewną liczbę dzikich. To wszystko.

— Lord Tywin powie, że to za dużo.

— A Stannis mówi, że za mało. Im więcej dajesz królowi, tym więcej od ciebie żąda. Kroczymy po moście z lodu, mając po obu stronach przepaść. Wystarczająco trudno jest zadowolić jednego króla. Zadowolić dwóch jest niemal niemożliwe."

 

 

 

Kiedy Sam pyta Jona o czym ten rozmawiał z Goździk, Lord Dowódca kłamie, że dziewczyna przyszła błagać o życie Mance'a Raydera. Sam oczywiście uwierzył w to kłamstwo. Zresztą, nie miał powodu by nie ufać swemu najlepszemu przyjacielowi. W końcu Jon mówi Samowi, że postanowił odesłać Goździk na Południe. Samowi bardzo podoba się ten pomysł. Nie wie jeszcze, że on także zostaje odesłany.

 

 

" — A czy udało ci się dowiedzieć, kim są Inni, skąd przychodzą i czego chcą?

— Jeszcze nie, Lordzie Dowódco, ale możliwe, że po prostu czytam nieodpowiednie książki. Są tam setki tomów, na które jeszcze nie spojrzałem. Daj mi więcej czasu, a znajdę wszystko, co można znaleźć.

— Nie mamy więcej czasu — w głosie Jona brzmiał smutek. — Musisz spakować rzeczy, Sam. Będziesz towarzyszył Goździk.

— Towarzyszył? — Przez chwilę Sam nie mógł go zrozumieć. — Dokąd mam pojechać? Do Wschodniej Strażnicy, Lordzie Dowódco? Czy... dokąd...?

— Do Starego Miasta.

— Do Starego Miasta?

Jego głos zabrzmiał jak pisk. Horn Hill leżało niedaleko od Starego Miasta. Dom. Zakręciło mu się w głowie na tę myśl. Ojciec.

— Aemon popłynie z tobą.

— Aemon? Maester Aemon? Ale lordzie dowódco... on ma sto dwa lata, nie może... wysyłasz jego i mnie? Kto się zajmie krukami? A jeśli będą chorzy albo ranni, kto...

— Clydas. Służył Aemonowi przez wiele lat.

— Clydas jest tylko zarządcą, a do tego ma coraz słabszy wzrok. Potrzebujesz maestera. Maester Aemon jest bardzo słabego zdrowia, podróż morska... — Pomyślał o „Królowej Arbor” i omal nie udławił się językiem. — ... może... jest stary i...

— Jego życiu będzie groziło niebezpieczeństwo. Zdaję sobie z tego sprawę, Sam, ale tutaj ryzyko jest większe. Stannis wie, kim on jest. Jeśli kobieta w czerwieni zażąda królewskiej krwi do swoich czarów...

— Och.

Sam pobladł.

— We Wschodniej Strażnicy dołączy do was Dareon. Mam nadzieję, że jego pieśni zdobędą nam na południu trochę rekrutów. „Kos” zabierze was do Braavos. Tam będziecie musieli znaleźć statek płynący do Starego Miasta. Jeśli nadal zamierzasz podać dziecko Goździk za swojego bękarta, wyślij ją z nim do Horn Hill. W przeciwnym razie Aemon załatwi jej posadę służącej w Cytadeli.

— Mojego b... b... bękarta. — To prawda, że tak powiedział, ale... Tyle wody. Mogę się utopić. Statki często toną, a jesień to pora sztormów. — Ale będzie z nim Goździk, a dziecko będzie bezpieczne. — Tak, moja ma... matka i siostry pomogą jej zaopiekować się dzieckiem. — Mogę wysłać list. Nie będę musiał jechać do Horn Hill. — Dareon mógłby ją odwieźć do Starego Miasta równie dobrze jak ja. Co... co dzień po południu ćwiczyłem strzelanie z łuku pod nadzorem Ulmera, tak jak rozkazałeś... hmm, poza tymi dniami, kiedy byłem w podziemiach, ale przecież powiedziałeś, żebym się czegoś dowiedział o Innych. Od strzelania z łuku bolą mnie ramiona i robią mi się pęcherze na palcach. — Pokazał Jonowi pęknięty pęcherz. — Ale i tak ćwiczę. Trafiam teraz w cel częściej niż co drugi raz, lecz nadal jestem najgorszym łucznikiem w historii. Za to lubię opowieści Ulmera. Ktoś powinien je spisać i umieścić w książce.

— Ty to zrobisz. Nie wątpię, że w Cytadeli mają papier i inkaust... a także łuki. Liczę na to, że będziesz ćwiczył dalej. Sam, w Nocnej Straży są setki ludzi, którzy potrafią strzelać z łuku, ale tylko garstka takich, którzy umieją czytać i pisać. Musisz zostać moim nowym maesterem.

Wzdrygnął się, słysząc te słowa. Nie, ojcze, proszę, nie będę już o tym wspominał, przysięgam na Siedmiu. Wypuść mnie, proszę, wypuść.

— Lordzie Dowódco, mo... moja praca jest tutaj. Księgi...

— Będą na miejscu, kiedy do nas wrócisz.

Sam dotknął ręką szyi. Niemalże czuł tam dotyk dławiącego łańcucha.

— Lordzie Dowódco, w Cytadeli... każą uczniom kroić trupy.

Założą ci tam łańcuch na szyję. Jeśli chcesz nosić łańcuchy, chodź ze mną. Sam przez trzy dni i trzy noce zasypiał, łkając przykuty do ściany za rękę i nogę. Łańcuch na szyi był tak ciasny, że wrzynał mu się w skórę, a gdy tylko chłopak przetoczył się przez sen na niewłaściwy bok, nie mógł oddychać.

— Nie mogę nosić łańcucha.

— Możesz i będziesz. Maester Aemon jest stary i ślepy. Traci już siły. Kto zajmie jego miejsce, kiedy umrze? Maester Mullin z Wieży Cieni to raczej wojownik niż uczony, a maester Harmune ze Wschodniej Strażnicy jest częściej pijany niż trzeźwy.

— Gdybyś poprosił Cytadelę o więcej maesterów...

— Mam zamiar to uczynić. Będziemy ich potrzebowali jak najwięcej. Ale niełatwo będzie zastąpić Aemona Targaryena. — Jon miał zdziwioną minę. — Byłem pewien, że się ucieszysz. W Cytadeli jest tyle ksiąg, że nikt nie zdołałby przeczytać wszystkich. Świetnie tam sobie poradzisz, Sam. Wiem, że tak będzie.

— Nie. Mógłbym czytać księgi, ale m... maester musi uzdrawiać, a od widoku k... k... krwi robi mi się słabo. — Uniósł dłoń, żeby pokazać Jonowi, jak drży. — Jestem Samem Strachajłą, nie Samem Zabójcą.

— A czego właściwie się boisz? Że starcy będą cię besztać? Sam, widziałeś upiory szturmujące Pięść, falę żywych trupów o czarnych dłoniach i jaskrawoniebieskich oczach. Zabiłeś Innego.

— To s... s... s... smocze szkło go zabiło, nie ja.

— Cicho. Kłamałeś, knułeś i spiskowałeś, żeby uczynić mnie Lordem Dowódcą. Teraz masz mnie słuchać. Popłyniesz do Cytadeli i wykujesz łańcuch, a jeśli będziesz musiał w tym celu kroić trupy, to trudno. W Starym Mieście trupy przynajmniej nie będą się sprzeciwiać.

On nic nie rozumie.

— Wasza lordowska mość — zaczął Sam — mój o... o... o... ojciec, lord Randyll, on, on, on, on, on... maester żyje po to, by służyć. — Wiedział, że gada od rzeczy. — Żaden z synów rodu Tarlych nie będzie nosił łańcucha. Ludzie z Horn Hill nie kłaniają się poślednim lordom. — Jeśli chcesz nosić łańcuchy, chodź ze mną. — Jon, nie mogę okazać nieposłuszeństwa ojcu.

Nazwał go Jonem, ale Jona już nie było. Miał przed sobą lorda Snow o szarych, twardych jak lód oczach."

 

 

Samwell zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo zmienił się Jon. Chłopak już nie przypomina tego roześmianego, pełnego zapału i buntu młodzieńca. To już nie jest ten Jon, który bronił Samwella przed Thorne'm. Jon został Lordem Dowódcą, który wydaje rozkazy i oczekuje, że będzie się je wykonywać. Gruby chłopak nie może się sprzeciwiać. To Jon dowodzi Nocną Strażą. Jon - dojrzały mężczyzna, a nie chłopiec "pachnący latem".

 

 

"— S... spróbuję.

— Nie masz próbować. Masz mnie słuchać.

— Słuchać.

Kruk Mormonta załopotał wielkimi czarnymi skrzydłami.

— Wedle rozkazu, Lordzie Dowódco. Czy... czy maester Aemon wie?

— To był jego pomysł w takim samym stopniu jak mój. — Jon otworzył przed Samem drzwi. — Nie żegnaj się z nikim. Im mniej ludzi będzie o tym wiedziało, tym lepiej. Godzinę przed świtem, przy cmentarzu."

 

Sam czuje się rozdarty. Jest przygnębiony i nie możę pogodzić się z decyzją Lorda Dowódcy.

"Maester Aemon był w pułapce, tak samo jak on. Umrze na morzu — pomyślał zrozpaczony Sam. — Jest zbyt „wiekowy, by znieść taką podróż. Synek Goździk również może jej nie przeżyć. Nie jest taki duży i silny jak chłopak Dalii. Czy Jon chce zabić nas wszystkich?"

 

 

Podróż przez morze okazuje się być niezwykle trudna. Samwell nie możę zrozumieć tego, dlaczego Goździk przez cał czas płacze. Nie ma pojęcia, żę dziewczyna trzyma przy piersi nie swoje dziecko. Kiedy maester Aemon wyjaśnia co uczynił Jon Snow, Sam jest zdruzgotany!

 

 

"— To nie strach słyszysz — wyjaśnił maester. — To dźwięk żalu, a na to nie pomoże żaden eliksir. Łzy muszą z niej wypłynąć, Sam. Nie zdołasz ich zahamować.

— Płynie w bezpieczne miejsce — sprzeciwił się młodzieniec, nic nie rozumiejąc. — Będzie jej tam ciepło. Jaki ma powód do żalu?

— Sam — wyszeptał staruszek — masz dwoje zdrowych oczu, a nic nie widzisz. Jest matką i płacze za dzieckiem.

— Chłopczyk ma zieloną chorobę i tyle. Tak jak my wszyscy. Kiedy dopłyniemy do Braavos...

— ...to nadal będzie syn Dalii, a nie dziecko z jej ciała.

Minęła chwila, nim Sam zrozumiał, co sugeruje Aemon.

— To niemożliwe... ona nigdy... to musi być jej synek. Goździk nigdy by się nie zgodziła wyjechać bez niego.

— Karmiła obu chłopców i obu pokochała — odparł Aemon. — Ale nie w tym samym stopniu. Żadna matka nie kocha wszystkich swych dzieci tak samo, nawet Matka Na Górze. Jestem pewien, że nie zostawiła dziecka z własnej woli. Mogę tylko zgadywać, jakich gróźb i jakich obietnic użył Lord Dowódca... ale z pewnością padły i groźby, i obietnice.

— Nie — sprzeciwił się Sam. — To niemożliwe. Jon nigdy by...

— Jon nigdy by tego nie zrobił, ale lord Snow to co innego. Czasami nie ma dobrego wyboru, Sam, i trzeba wybrać to, co przyniesie mniej smutku.

Nie ma dobrego wyboru Sam pomyślał o wszystkim, co przeszli z Goździk. Twierdza Crastera i śmierć Starego Niedźwiedzia, śnieg, lód i mroźne wichry, niekończące się dni wędrówki, upiory w Białymdrzewie, Zimnoręki i drzewo kruków, Mur, Mur, Mur, Czarna Brama pod ziemią. I po co było to wszystko? Nie ma dobrego wyboru i nie ma szczęśliwych końców.

Chciało mu się krzyczeć. Chciało mu się wyć, łkać albo skulić się i skomleć. Zamienił dzieci — powiedział sobie. — Zamienił je po to, żeby ratować małego księcia, ukryć go przed ogniem lady Melisandre i ferworem ludzi królowej. Ukryć go przed ich czerwonym bogiem. A jeśli spalą chłopczyka Goździk, kogo to obejdzie? Nikogo oprócz niej. Był tylko bękartem Crastera, ohydnym owocem kazirodztwa, a nie synem króla za Murem. Nie nadaje się na zakładnika ani na ofiarę. Nie ma z niego żadnego pożytku. Nawet nie nadano mu imienia."

 

 

Sam nie może uwierzyć, żę pomógł zrobić Jona Lordem Dowódcą, a ten zrobił coś tak okrutnego. Sam nie poznaje Jona. Jona już nie ma (chłopca już nie ma) jest tylko Lord Dowódca Snow (tylko twardy mężczyzna)...

 

 

DALSZY CIĄG BĘDZIE KIEDY PRZECZYTAM 5. TOM I WTEDY POZNAMY MOTYWY JONA SNOW. DOTRZEMY TEŻ DO JEGO ŚMIERCI. W JAKI SPOSÓB ZGINĄŁ I JAKIE DECYZJE PODEJMOWAŁ, A KTÓRE OKAZAŁY SIĘ DLA NIEGO ZGUBNE.