Mroczni Kochankowie

Kto nas stworzył? Moja subiektywna recenzja "Prometeusza".

„Prometeusz” był jednym z dwóch najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów 2012 roku (drugi w kolejce jest „Hobbit”). Czy spełnił moje oczekiwania? Czy jestem zadowolona? Czy warto było pójść do kina?

 

 

 

 

Zainteresowałam się tym tytułem, ponieważ jestem wielką fanką serii o „Obcym”. Serii z kultową już Sigourney Weaver, wcielającą się tam w rolę walecznej wybawicielki ludzkości - porucznik Ellen Ripley – która biega z karabinem i unicestwia groźną i tajemniczą rasę Obcych. I być może moje nastawienie wobec tego filmu od początku było tak bardzo optymistyczne, ponieważ utożsamiałam go z „Alienem”. Zresztą sam Scott kilkakrotnie sugerował, że film będzie wiązał się z historią obrzydliwych potworków, w których żyłach zamiast krwi płynie kwas i które rozmnażają się poprzez zapładnianie innych istot za pomocą tzw. twarzołapa (facehuggera). Twarzołap przytwierdza się do ust żywiciela, składa tam embrion, umiera i odpada. Embrion dojrzewa w klatce piersiowej ofiary, po czym ją rozrywa i wydostaje się na zewnątrz. I cóż… nawiązania są. Delikatne, ale są. Scott próbuje odpowiedzieć na pytania… skąd my - ludzie pochodzimy i skąd pochodzą oni – Obcy. I co takl naprawdę mamy ze sobą wspólnego? Koncepcja Scotta mnie zaskoczyła powiem szczerze. Cała opowieść jest naprawdę... specyficzna.

 

 

Rok 2089. Mamy grupę naukowców, która w Szkocji natrafia na tajemnicze malowidła w jaskini. Malowidła ukazują powtarzający się w wielu kulturach motyw planet. Wiadomo… bohaterowie postanawiają udać się na planetę, by dowiedzieć się kto tak naprawdę stworzył nas – ludzi. Główna bohaterka to katoliczka Dr. Elisabeth Shaw (Noomi Rapace, która strasznie mi się podobała w swojej roli) oraz jej partner – niewierzący dr. Charlie Holloway (Logan Marshall-Green). Wiadomo – starcie poglądów. Ale czym jest starcie poglądów religijnych wobec tego, co odkryją? Przyjdzie im ratować swoją skórę nie tylko przed obcymi istotami zamieszkującymi planetę, na którą przybywają na statku o nazwie „Prometeusz” (nawiązania do mitu o Prometeuszu też można się dopatrzyć). Okaże się bowiem, że prawda, którą tak usilnie starali się poznać jest jeszcze bardziej okrutna… Nic więcej zdradzić tu nie mogę, gdyż zaspoilerowałabym wszystko.

 

 

Ekipa „Prometeusza”, której misja jest oczywiście sponsorowana przez olbrzymią korporację Weyland (tak, tak ta sama korporacja Weyland-Yutani, którą znamy z serii „Alien”), na usługach której jest zarozumiała i wyniosła Vickers (Charlize Theron) oraz android David (Michael Fassbender). Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale nieźle namieszają. Zwłaszcza David (Merry!!! Fass jest po ciemnej stronie mocy). Chociaż tak naprawdę, są to postaci dwuznaczne. Działania każdej z nich mają swoje motywy.

 

 

 

 

Generalnie fabuła nie powala. Widać, że Scottowi jednak zabrakło pomysłu by jakoś spektakularnie pociągnąć tę historię. Można jednak traktować ten film jako prequel „Obcego”, choć dość sporo nieścisłości się pojawia. Powiem, że Obcy – w niemal tej formie, którą dobrze znamy, pojawi się w filmie :D (w momencie, gdy go ujrzałam na mojej twarzy pojawił się giga szeroki uśmiech zadowolenia;)). I dowiemy się dlaczego wygląda tak, a nie inaczej. Mój chłopak po seansie stwierdził, że film jako kino sci-fi daje radę i wspaniale się podziwia te zapierające dech w piersiach (poważnie!!mega dobre!!) efekty specjalne, kostiumy, scenografię, ale jako prequel Obcego – trochę rozczarowuje. Cóż, myślę, że mam podobne zdanie. Nie tak to sobie wyobrażałam. Było też kilka infantylnych wręcz scen (scena z burzą czy ucieczka Shaw i Vickers przed spadającym statkiem), ale były też i takie, które trzymały w napięciu. Mam nerwy ze stali. Flaki, krew – nic z tych rzeczy mnie kompletnie nie rusza, ale scena operacji Dr. Shaw… była po prostu OBRZYDLIWA, choć… zapadająca w pamięć.

Aktorzy spisywali się znakomicie. Fassbender był skurczybykiem takim jakim miał być, Theron również znakomicie wcieliła się w postać zimnej biczy, Rapace jako odpowiednik Ripley daje radę - podziwiałam wręcz niesamowity instynkt przetrwania jej bohaterki, Idris Elba w roli Janka (polskie imię:D) bawił i czarował, bardzo pozytywna postać. Guy Pearce jako Weyland i Green jako Charlie trochę mnie rozczarowali.

 

 

 

Ale podsumowując, film naprawdę mi się podobał. Był specyficzny. Korelacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami były nieco bardziej skomplikowane i to dodawało smaczku… Zainteresowała mnie zwłaszcza ta pomiędzy Dr. Shaw i Davidem…. Nie żałuję, że wybrałam się na ten film. Może i Scott nie zaspokoił mnie do końca (bo jednak był to najbardziej oczekiwany przeze mnie film pierwszej połowy roku, a na miano arcydzieła nie zasłużył), ale i tak dostarczył świetnej rozrywki.

 

 

 

 

 

 

 

 

Fani "Obcego" mogą być zawiedzeni, ale fani całkiem dobrego sci-fi - raczej nie.

 

 

Pozdrawiam, Nath :)