Mroczni Kochankowie

Mroczny Rycerz Powstaje

Wreszcie doczekaliśmy się trzeciej odsłony trylogii o Batmanie w reżyserii Christophera Nolana. Nie wyobrażam sobie czekania na ten film bite 4 lata jak inni fani, skoro nawet trzy dni wydawały mi się udręką! Może wstyd się przyznać, ale z Batmanami Nolana zapoznałam się dopiero w minionym tygodniu. Jedynka mi się bardzo podobała, a dwójka doprowadziła do istnej nerwowości, bo mimo swoich wad, pobudziła apetyt na więcej, wobec tego niecierpliwie czekałam co też Nolan pokaże w trójce. I krótko mówiąc: nie zawiodłam się. Może nie jest to arcydzieło, ale naprawdę bardzo dobre i godne zakończenie serii. W sieci przeczytacie skrajne opinie, od totalnych zachwytów, po narzekania. To samo jest w recenzjach prasowych. Ale jak to mówią, „jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”. Nolan dla jednych potwierdził klasę, innych rozczarował. Ja jestem zadowolona. Stworzył genialną trylogię i za to mu chwała i cześć.

 

 

Zacznę może od tego, że nie jestem fanką filmów o komiksowych superbohaterach. Historie o ludziach, którzy w cywilu pozują na zwyklasów czy nieudaczników, a potem wyruszają ratować świat przed zagładą lub innymi mutantami, wyposażeni w super moce, nigdy jakoś do mnie nie trafiały. Zarówno Marvel jak i DC Comics dorobili się całego panteonu superbohaterów, z których z połowa ociera się o żenującą groteskę już za sam wygląd, mimo to są częścią popkultury, więc trudno nie znać choćby wielkiej trójki: Batmana, Supermana czy Spidermana. Raczej nie ma takiej opcji. Gorzej zorientowana jestem w tych nowszych herosach i choć znam ich z nazwy i wiem jakie mają właściwości, to nic mnie nie obchodzą. Jedynie X-Meny mi się spodobały (thx, Merry), więc kolejne odsłony przygód uczniaków Profesorka X i Magneto obejrzę z miłą chęcią.

 

Wyjątkiem jest dla mnie Batman. Nikt nie może się z nim równać i filmy Nolana to potwierdzają. To jedyny bohater (poza Zorro), który na stałe wpisał się w krajobraz mojego dzieciństwa za sprawą kreskówki, zabaw z bratem plastikowymi figurkami i filmów Tima Burtona. Może nie jestem mocno obcykana w szczegółach tej historii, bo nie czytałam komiksów, ale do dziś pamiętam filmowe sceny jak Michelle Pfeiffer szyła swój lateksowy kostium a kanałami człapał Danny DeVito z parasolką. Filmy Burtona mają niesamowity klimat kryminału, groteski i mroku. Są jak ponury żart. Fascynują i odpychają jednocześnie. Potem nastąpił zwrot, reżyserem kolejnych dwóch części został Joel Schumacher, który w moim odczuciu zniszczył Batmana, robiąc z jego historii infantylną kolorową opowiastkę. Nie ratowała tego nawet obsada znanych aktorów. Idealnym zobrazowaniem tych dwóch gniotów jest postać Riddlera w tym jego kiczowatym zielonym wdzianku ze znakami zapytania. I faktycznie po obejrzeniu „Batmana i Robina” na usta aż się ciśnie skrót: WTF???!.

 

Po „wizji” Schumachera dla mnie Batman był martwy i zniechęciło mnie to do wszelkich filmów o superbohaterach, ponieważ zmiażdżono najlepszego z nich. Tym, co wyróżnia Batmana na tle innych komiksowych bohaterów, jest bowiem jego wiarygodność. Nie posiada nadludzkich zdolności, nie jest jakimś mutantem zmieniającym się w zielonego potwora czy chodzącym po ścianach chłopaczyną lub latającym, nadludzko silnym „Kenem” w czerwonych gaciach i pelerynie. Batman jest najbardziej ludzki. Samotny, tajemniczy mściciel walczący w imię swoich ideałów, a przy tym zmagający się z własnymi ograniczeniami i demonami. Miał wiele szczęścia, że jego historią zainteresował się Christopher Nolan, który kocha złożone postacie i lubi wnikać w ich psychikę.

 

Ale wtedy mało mnie to obchodziło, choć słyszałam, że jego Batmany to nowa jakość. Nie skusiły mnie nawet zachwyty genialną rolą Heatha Ledgera. Porzuciłam „zabawkę” z dzieciństwa, a jako że Christian Bale też w żaden sposób mnie nie kręcił, a „Incepcja” mi nie podeszła, to tym bardziej nie interesowała mnie nolanowska interpretacja bajki o gacku w pelerynce. Dopiero szum wokół „Mroczny Rycerz Powstaje” i fakt, że Gordon-Levitt ma w tym zagrać, zmieniły moje nastawienie. Zabrałam się za filmy, by na trójkę wybrać się już kulturalnie i legalnie do kina. Wszak była to najbardziej oczekiwana premiera roku. No i JGL. Dla JGL’a kurde wszystko!!

 

 

I cóż - biję się w piersi za pogardę Batmanem i Nolanem!! „Batman. Początek” zachwycił mnie klimatem nawiązującym do Burtona. Gotham City jest mroczne, klaustrofobiczne, ni to współczesne ni futurystyczne. Mroczne zaułki, deszcz, para ze studzienek kanalizacyjnych, obskurne wnętrza pociągów… no bardzo mi się to podobało. Wykorzystanie filtru na kamerze sprawiającego wrażenie, że kolorystyka jest zarówno mroczna, jak i ciepła, to był świetny zabieg. Takie niby retro. Sama historia o tym jak Bruce zostaje Batmanem, także opowiedziana bardzo przyzwoicie.

 

„Mroczny Rycerz” nie miał już takiego klimatu, ale za to lepszy scenariusz. Zaskakuje głębią charakterów i emocjami. Zwłaszcza Ledger stworzył niezwykle przekonującą postać psychopaty, miażdżąc przy tym burtonowskiego Jokera, w którego grał Jack Nicholson. Ledger jest czymś więcej niż groteskowym klaunem podrygującym do piosenek Prince’a. Jest wcieleniem czystego zła z całą jego przewrotnością. „Mroczny Rycerz” zawiera wiele dwuznacznych moralnie sytuacji, stawiając Batmana przed pytaniem, czy możliwe jest, by obrońca ludzkości zawsze postępował etycznie? Psychologiczne dywagacje plus świetne sceny akcji sprawiają, że film już zyskał miano kultowego. To najbardziej złożona ze wszystkich opowieści o Batmanie. Brakowało mi tylko mrocznej scenografii z pierwszej części.

 

Ale teraz koniec wspominek. Czas na opinię o „Mroczny Rycerz Powstaje”. Od razu zaznaczam, że będą drobne spojlery, które mam nadzieję nie zepsują wam indywidualnego odbioru filmu. W razie czego wstrzymajcie się z czytaniem do czasu aż go obejrzycie.

 

Ostatnia część trylogii, to wielkie widowisko. Odrobinę może przydługie, ale myślę, że presja sprawiła, iż Nolan chciał pokazać jak najwięcej, pozamykać wątki, pogłębić bohaterów, wcisnąć sporo smaczków z poprzednich filmów i zapodać też coś świeżego (nowi bohaterowie). Przede wszystkim zaś - uszlachetnić Batmana.

 

Początek jest w niemal bondowskim stylu. Brawurowe i nietypowe porwanie. Wtedy też poznajemy głównego przeciwnika Batmana - Bane’a. Potężny osiłek z dziwaczną maską na twarzy, przywodzącą na myśl kaganiec, w który zakuto mordę Hannibala Lectera. Bane kieruje się siłą, co jednak nie oznacza braku inteligencji. Może nie jest tak wyrafinowany jak Joker, ale też ma swoją „logikę” i to w zasadzie dość prostą, bo zawierającą się w haśle: róbcie co chcecie. Wasza wola jest prawem. Odbierzcie bogatym to, co się wam należy. Proste i skuteczne. Tak zrodził się zrewoltowany tłum. Gotham City zostaje przewrócone do góry nogami. Policjanci stają się zwierzyną łowną dla bandytów, zorganizowanych w swoiste bojówki reprezentujące nowe „prawo i porządek” na sposób milicji obywatelskiej, tyle że nie obrywa się mieszkańcom a stróżom prawa. Finałowa bitwa kilkuset policjantów z bandytami ociera się trochę o banał, aczkolwiek ma to też znaczenie symboliczne obecne w milionach tego typu epickich historiach, gdy dochodzi do bezpośredniego starcia dobra i zła.

 

 

Sama fabuła przez dłuższy czas trwania filmu jest dość prosta i przewidywalna. Nolan nie sili się na zagmatwaną intrygę, nie kombinuje jak by tu nam zamieszać w głowach. Pamięta, że realizuje ekranizację komiksu, więc przesłanie musi być zrozumiałe. Kapitalnie jednak buduje napięcie. Potrafi trochę uśpić dialogami (tak, niestety nie udało się uniknąć nudnych momentów), ale zaraz potem otrzeźwia nas jakimś wybuchem. U Nolana jest wszystko - momenty refleksyjne przeplatają się z efektowną akcją. Mamy strzelaniny, karkołomny pościg, bitwę uliczną, bardzo realistyczne efekty oraz fantastyczne kadry pokazujące miasto. I przede wszystkim wyrazistych bohaterów, którym Nolan poświęca dużo uwagi.

 

Finał budzi kontrowersje. Jednym wydaje się kompletnie zepsuty i przesłodzony, inni są zachwyceni. Mi się bardzo podobał. Reżyser nie domknął historii do końca, dając nam miejsce na własną interpretację. Pozostawił nas z pytaniem, na które odpowiedź tylko pozornie jest prosta.

 

„Mroczny Rycerz Powstaje” można też śmiało interpretować pod kątem odniesień do współczesności. Batman jest wprawdzie opowieścią na podstawie komiksu, ale Nolan zawarł w niej coś więcej: pytanie o stan zachodniej cywilizacji. Czy jest ona w stanie przetrwać kryzys. Nie przypadkiem mamy scenę na giełdzie. Duże wrażenie zrobiła na mnie scena na stadionie przed meczem futbolu amerykańskiego. Nolan genialnie zbudował nastrój - najpierw typowy patos, a potem wkroczenie Bane’a do akcji. Na naszych oczach rozpada się boisko (w efektowny sposób), wzniosłość ustępuje twardej rzeczywistości. Zło może pojawić się w każdej chwili, wszystkie reguły rozpaść się jak murawa boiska. A to nie jedyne świetne rozwiązania zastosowane przez Nolana. Wiele przekazuje nam poprzez swoich bohaterów, nawet tych trzecioplanowych, jak np. policjant Foley. Zauważcie jak reaguje w sytuacji kryzysowej, a mimo to potem staje na wysokości zadania.

 

Na uznanie zasługuje pieczołowitość z jaką Nolan połączył wszystkie trzy filmy, a właściwie należałoby rzec - z jaką dwie pierwsze części uszlachetnił w tej trzeciej. Mamy całą masę nawiązań, retrospekcji oraz dopełnienie wątków. Na chwilę powracają też Liam Neeson w roli Ra’s Al Ghula i Cillian Murphy, czyli Scarecrow. W zasadzie brakowało tylko epizodu z Jokerem, a ukłon Nolana w stronę fanów byłby jeszcze głębszy. Cóż, ale Joker bez charyzmy i aparycji Ledgera nie byłby Jokerem.

 

Co do obsady, to Christopher Nolan postawił na aktorów, z którymi pracował już wcześniej przy innych filmach, ale dobrał też inne mniej lub bardziej znane twarze. Wielbiciele seriali mogą być zadowoleni, bo w epizodycznych rolach jest sporo znanych ludzi np. z „Dextera”, „Grimm”, „Skazanego na śmierć”. Już na początku filmu zostałam mile zaskoczona obecnością…  A jakże!! GoT-owca! Aiden Gillen, czyli Petyr Baelish miał swoje parę minut w filmie, który już teraz można spokojnie określić mianem kultowego.

 

Teraz trochę o postaciach / aktorach.

 

 

 

Christian Bale pokazał się nam trochę od nowej strony. Po wydarzeniach z drugiej części złamał się wewnętrznie, przestał wierzyć w swoje ideały, zamknął się w swoim domu, jak również w sobie. Już nie toczy walki z samym sobą, tylko się poddaje. Nolan daje mu podkreślający to rekwizyt w postaci laski, którą się podpiera. Nie chodzi tylko o problemy z nogą, ale o utratę sensu tego, kim był. Batman jest niczym zmęczony dziadek. Bale odgrywa to bardzo wiarygodnie, a przy tym z właściwą sobie swoistą rezerwą, „lordowskością”. W nim zawsze jest coś zimnego. Niektórzy recenzenci czynią z tego zarzut, że Bale jest drewniany. Ja tego nie postrzegam w ten sposób. Jego gra mi odpowiada. Pokazuje, że Batman jest przede wszystkim zwyczajnym człowiekiem z normalnymi problemami i słabościami. „Przebudzenie” następuje w momencie, gdy w Gotham pojawia się Bane. Poza tym wciąż są ludzie, którzy wierzą w Batmana na przekór oficjalnej wersji, że to on odpowiada za śmierć Denta.

W tej części Batman wraca do swojej przeszłości, musi od nowa pozbierać się psychicznie, ale jego rozterki moralne nie są tak zaakcentowane, jak w drugiej części. Nie skupia się na sobie, ale na uratowaniu mieszkańców Gotham. Wraca, by na nowo się poświęcić.

Niektórych irytuje chrypa Batmana, mi się podoba. Jest elementem „przebrania”. Batman w wydaniu Bale’a wzbudza respekt. Może to zabrzmi dziwnie co napiszę, ale fascynuje mnie jego maska. Jest tak wymodelowana, że zarówno wygląda trochę demonicznie (zmarszczone „brwi”), jak i po kociemu fascynująco (jej gładkość i te uszy). Uwielbiam wgapiać się oczy Bale’a i podoba mi się, że skórę wokół nich też ma pomalowaną na czarno.

„Mroczne osobowości wszystkich kręcą” - powiedział Bale w jednym z wywiadów. Czy udało mu się stworzyć mroczną postać? Sądzę, że tak. Jeszcze głębsze wnikanie w jego psychikę nie było już w trzeciej części potrzebne. Batman do samego końca pozostaje na swój sposób tajemniczy.

 

 

Gary Oldman po raz kolejny udowadnia klasę. W trójce postać Gordona podobała mi się najbardziej i jak dla mnie jest równie wspaniałym bohaterem co Batman. Jego losy ściśle wiążą się z Batmanem, a nawet w jakiś sposób ukształtowały głównego bohatera.

Nie chciałabym zdradzić pewnego szczegółu, ale bardzo mnie to wzruszyło i mam nadzieję, że to wychwycicie. Ma to związek z pierwszą częścią. Prostota i szczerość gestu Gordona oraz kontekst tej sceny w odniesieniu do całej historii, to coś niesamowicie pięknego.

Nolan takimi postaciami jak Gordon, Bruce czy Blake przekazuje nam uniwersalną prawdę o tym, że każdy z nas może walczyć ze złem, czy to konkretnym czy wewnątrz nas samych i nie trzeba być koniecznie superbohaterem by dokonać wspaniałych rzeczy, nawet jeśli świat o nich nigdy nie usłyszy. Niby nic nowego, ale dobrze jest o tym pamiętać, podbudowywać się tą prawdą wciąż na nowo oglądając takie filmy jak te o Batmanie.

 

 

Morgan Freeman i Michael Caine powracają w jak zawsze godnym stylu. Na ich twarzach widać piętno czasu, ale aktorstwo nie traci na wartości. Tym razem to Michael Caine pokazał się również od nieco innej strony. Jego Alfred nie jest już tylko wiernym lokajem wspierającym swego pana w doli i niedoli, ale człowiekiem zmęczonym i znękanym. Jego decyzja zaskakuje, gdyż zostawia Bruce’a w momencie, gdy ten wyrywa się z apatii i zamierza powrócić jako Batman. W jednej z recenzji w gazecie codziennej (tytuł pomijam) przeczytałam: „Aż żal patrzeć na staruteńskiego Michaela Caine’a. Wygłaszając swoje monologi, musiał męczyć się tak, jak ja się męczyłem, by ich wysłuchać”. Całkowicie się z tym nie zgadzam i trzeba mieć dużo złej woli by postrzegać postać Alfreda w tak płytki sposób. Faktycznie brakowało trochę alfredowych humorystycznych ripost, ale tym razem postać ta nabiera dramatycznego rysu, przez co jest wielowymiarowa. Alfred ma swoje życie, swoje przemyślenia. Nie jak dajmy na to Q w filmach o Bondzie, będący niemal „elementem wyposażenia” głównego bohatera.

 

 

Tom Hardy w roli Bane’a sprawdził się znakomicie. Gdybym nie wiedziała, że to on, to bym go nie poznała. Imponująca postura. Już w „Warrior” pokazał, że potrafi przeistoczyć się w mięśniaka. Strach podchodzić, choć z twarzy jest strasznie sympatyczny. W Batmanie daleko mu do przyjemniaczka. Atmosfera zdaje się zagęszczać gdy tylko pojawia się na ekranie. To, co mi się podobało, to głos Hardy’ego wydobywający się z maski. Z lekka zniekształcony, celowo głośniejszy na tle pozostałych. To tylko wzmacnia poczucie zagrożenia. Jednak nie jest to przeciwnik, który fascynuje jak Joker, ze względu na toporność i przewidywalność. Przyznam się, że kiedy w dalszej części filmu dowiadujemy się jak Bane stał się potworem, czułam wobec niego współczucie pomieszane ze sporą dawką rozczarowania. I to ma być mega przeciwnik Batmana? Facet, którego największą słabością była… No nie będę pisać, by nie zdradzać największej niespodzianki całej intrygi. Dla mnie jednak było to trochę banalne. Już za bardziej intrygujące uważam losy Harveya Denta.

Do aktorstwa Hardy’ego nie można się doczepić. Idealnie wpasował się w rolę. Wiem, że go lubicie, więc na pewno będziecie zadowolone.

 

 

Marion Cotillard, jako Miranda Tate, nie porwała mnie swoim aktorstwem. Nolan uparł się by ją zaangażować, ustawiając nawet pod nią harmonogram kręcenia zdjęć (aktorka była w ciąży; na plan wróciła dwa miesiące po porodzie). Cóż, nie będę ukrywała, że zwyczajnie jej nie lubię, a jedyny film, w którym zrobiła na mnie wrażenie, to „Niczego nie żałuję”. W Batmanie na tle całej reszty wypadła w zasadzie przeciętnie. Zabrakło tego „czegoś”, a jak dowiecie się z filmu Miranda Tate jest kluczową postacią w tej części. Aż się prosiło by stworzyła bardziej charyzmatyczną kreację.

 

 

O wiele lepiej poradziła sobie Anne Hathaway. Selina Kyle nie jest tylko dosłownie i w przenośni ładnym kociakiem. Kobieta Kot to sprytna, inteligentna złodziejka, silna i bezkompromisowa. Nolan nie każe jej uwodzicielsko wdzięczyć się na ekranie by podkreślać seksapil. Selina jest bardziej, nazwijmy - naturalna. Jej kopniak jest może nawet bardziej seksowny niż pamiętne polizanie ust Batmana przez Kobietę Kota w filmie Tima Burtona. Przyjemnie się ogląda Anne w tej roli, zwłaszcza w scenach, w których jeździ motocyklem Batmana. Nie wiem co z męskiego punktu widzenia jest lepsze - taka laska, czy cudo, którego dosiadła. Pewnie każdy pan wybrałby zestaw 2 w 1. O pojazdach Batmana jeszcze wspomnę. Warto zauważyć, że na ekranie ani razu nie pada określenie „Catwoman”, a kostium też nie jest koci, choć podkreślający sylwetkę. I to jest moim zdaniem kolejne genialne rozwiązanie w scenariuszu. Brawa dla Anne. Jej interpretacja przywraca Kobiecie Kot wiarygodności i zaciera niezbyt przyjemne wspomnienia po poprzedniczkach, zwłaszcza perwersyjność w wydaniu Pfeiffer (choć na swój sposób miało to swój urok :p ) oraz żenujące wygibasy Halle Berry, które miałam nieprzyjemność oglądać. 

 

 

I na koniec ON. Joseph Gordon-Levitt. Już za sam udział tego aktora, „Mroczny Rycerz Powstaje” ma u mnie dodatkowy punkt. Nie spodziewałam się, że rola JGL’a będzie aż tak znacząca, więc zaskoczyło mnie to bardzo pozytywnie. Szczególnie zapamiętałam dwie sceny: wizytę Blake’a u Bruce’a Wayne'a (świetny dialog) oraz jego emocje i odpowiedzialność w scenach z dzieciakami przy szkolnym autobusie. Joe wiele razy kradnie sceny. Świetnie uzupełniał się z Garym Oldmanem, czyli Gordonem. Doświadczenie starszego komisarza spotyka się z młodzieńczym zapałem oficera Blake’a, przy czym młody jest niesamowicie rozważny. Walczy do samego końca, nie traci nadziei i wierzy w to, co symbolizuje sobą Batman. Wierzy w Batmana.

Postać Blake’a nie występuje w komiksach, ale Nolan zrobił z nią coś genialnego w końcówce. Jest to naprawdę miła niespodzianka dla fanów.

Joe zagrał z wyczuciem i z dużą dojrzałością. Ponadto fizycznie też zmężniał, ale nadal ma w sobie ten cudowny chłopięcy urok. Zwłaszcza gdy się uśmiecha. I tak! Będziecie miały słynny uśmiech z dołeczkami. Wprawdzie tylko raz, ale to wystarczy by się rozpłynąć :o) Joseph w Batmanie potwierdza swoją klasę, zaś jego ostatnia scena w filmie niesamowicie mi się podobała. Sprawiła, że wyszłam z kina z uśmiechem na ustach i z głową pełną marzeń co do ewentualnej kontynuacji.

 

 

Na koniec kilka słów o „zabawkach” dla dużych chłopców. Batmanowskie pojazdy są duże, masywne, ale nie wyglądają nierealistycznie. W „Mrocznym Rycerzu” Batmobil został zniszczony. W trzeciej części powraca i to w kilku egzemplarzach. Mamy też maszynę latającą - Batwig. Szczerze powiedziawszy nie zrobiła na mnie wrażenia. Trochę jak taki pancerny latający żuk :p Bardziej do gustu przypadł mi motocykl - Batpod. Prawdziwe cacko. Podobał mi się już w poprzedniej części, gdy „wyłonił się” z Batmobila, a tutaj zaprezentowano go jeszcze atrakcyjniej ze względu na fantastycznie obracające się wokół własnej osi koła. Niesamowicie to wygląda a w dodatku pojazd wydaje z siebie specyficzne syczenie czy raczej perkotanie. Nie jestem miłośniczką motoryzacji, a jedyne auto, które kocham miłością nieprzemijającą jest skromny Smart, ale ten motocykl Batmana dochodzi do mojej listy przedmiotów godnych pożądania. Gdyby takie cuda były w sprzedaży… achhh! Pomykać czymś takim bez zważania na ograniczenia prędkości, to byłoby naprawdę jedno z synonimów słowa „szczęście”.

 

Oczywiście trzecia część Batmana nie jest wolna od wad. Są momenty nielogiczne i jak już zdążyłam się zorientować czytając opinie w sieci, antyfani z lubością prześcigają się w wynajdywaniu kwiatków. Tyle, że uproszczenia są czymś typowym dla komiksów, więc nie ma co brać każdej sceny pod lupę, bo to do niczego nie prowadzi. „Mroczny Rycerz Powstaje” to bądź co bądź widowisko rozrywkowe, ale za to z wyższej półki. Podejrzewam, że większość widzów uzna, że druga część Batmana jest najlepsza. Ja nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, która z nich podobała mi się najbardziej, bo każda ma swoje zalety, ale i wady. Ale jako całość trylogia Nolana jest moim zdaniem wybitnym dziełem kinematografii oraz wielkim hołdem dla Batmana oraz jego fanów. Jak tylko w sprzedaży ukaże się pakiet 3 w 1, to zakupię go bez wahania, bo z pewnością powrócę do tej serii jeszcze nie raz.

 

Póki co zachęcam do obejrzenia trzeciej części. Naprawdę warto.

 

 

Tom też zachęca :)

 

 

 

------------

 

 

Aune