Mroczni Kochankowie

Sherlock vs Sherlock

 

 



Nie wiem jak Wam, ale mnie jeszcze do całkiem niedawna Sherlock Holmes kojarzył się z przynudzającym starym piernikiem w absurdalnej kraciastej czapce z dwoma daszkami.  Jak przystało na dziecko telewizji i internetu genialnego detektywa znałam głównie z seriali, które TVP swego czasu podawało na śniadanie. Oczywiście słyszałam, że książki są super i dobrze się je czyta, ale mając przed oczyma dwóch telewizyjnych nudziarzy nigdy nie znalazłam motywacji, żeby się o tym przekonać. Do czasu.



To, że Sherlock może przyprawiać o gęsią skórkę podekscytowania przekonałam się po raz pierwszy, kiedy przed seansem w kinie wyświetlony został trailer filmu Gyu’a Ritchiego. Filmy Ritchiego znałam i uwielbiałam, ale nie miałam pojęcia, że reżyser zabrał się za przygody detektywa. Po trailerze moje oczekiwania co do filmu były ogromne i co najważniejsze po ponad półrocznym oczekiwaniu na premierę zostały spełnione z nawiązką.  Dowodem na to jak bardzo spodobał mi się film jest fakt, że kupiłam i zaczęłam nawet czytać książkę Conan Doyle’a „Przygody Sherlocka Holmes’a”! ;) Nie mogło być lepiej. Kiedy usłyszałam, że BBC zaadaptowało opowiadania o Holmsie umieszczając fabułę we współczesnym Londynie byłam pewna, że ten pomysł po prostu nie może się obronić. O jak bardzo się myliłam. 

 

 

                  

 

 

 

 

                   

 

 

 

 

                   

 

 

 

 


Nie będę próbowała rozstrzygnąć czy Sherlock jest lepszy w wydaniu Guy’a Ritchiego, czy w serialu BBC, bo ja osobiście jestem absolutnie zauroczona  obiema kreacjami . Na atrakcyjność Sherlocków, o których mowa składa się kilka elementów ( a w zasadzie cały szereg większych i mniejszych szczegółów, które mają ogromne znaczenie, ale o tym możnaby napisać co najmniej doktorat): przede wszystkim  inteligentny scenariusz pełen akcji i brytyjskiego humoru. Dużo dynamiki, o której już wspominałam – Sherlock przestał być flegmatycznym, niedzisiejszym dżentelmenem, a stał się niecierpliwym i trochę rozwydrzonym geniuszem czasem bardziej przypominającym kapryśne dziecko, niż dorosłego człowieka. Słowotok, nerwice,  upodobanie do nowinek technicznych i wszystkiego co dziwne. Postać na pierwszy rzut oka nieznośna, ale jeśli dodać do równania poczciwego, wiernego i wyrozumiałego przyjaciela, otrzymujemy przepis na sukces. Na tym pomyśle wypłynął przecież serial House (w którym metody dedukcyjne głównego bohatera są zaczerpnięte z powieści Conan Doyle’a), gdzie relacja House’a z Wilsonem wacha się na granicy przyjaźni i uzależnienia. Dziwaczna zażyłość głównych bohaterów to zresztą jeden z ulubionych motywów scenarzystów na zabawne nieporozumienia zarówno w Housie, jak i w filmowym i serialowym Sherlocku. 

 

 

 

 

          

 

 

 

           

 

 

 


Równie ważne jak co i jak, jest także kto: w roli Sherlocka oglądamy Roberta Downey’a Jr. i Benedicta Cumberbatcha. Specem od akcentów nie jestem, ale wydaje mi się, że jeśli nie ma się pojęcia kim jest Downey Jr., po obejrzeniu filmu Ritchiego można nabyć przekonanie, że to z pewnością brytyjski aktor, a świadczyć o tym mógłby (na moje ucho) perfekcyjnie opanowany brytyjski akcent i duży kunszt aktorski (choć czasem mam wątpliwości, czy Downey tak świetnie gra odklejeńców, czy on po prostu tak ma na co dzień). Na pewno w tej roli jest bardziej nieogarnięty, niż dżentelmeński, co nie znaczy, że nie jest przy tym pełen uroku. Jego dziwaczne ubiory skrojone ze starej kanapy (albo zasłony), umiłowanie do walki na pięści, przebieranek i popijania wszystkiego, co ma podejrzany skład chemiczny sprawia, że nie można nie zapałać sympatią do tego bohatera. Benedict, czyli współczesny Sherlock, prezentuje się o wiele bardziej schludnie w tej roli niż Robert. Zawsze w odprasowanej, trochę przyciasnej koszuli i drogiej marynarce budzi zaufanie, wszystko jednak do czasu. Serialowy Holmes jest gburowaty, nienawidzi ludzkości, wszystkim robi psychoanalizę, a jedyną rzeczą, która wprawia go w dobry nastrój jest łamigłówka, najlepiej z serią morderstw w tle.

 

 

 

     

 

 

 



            

 

 

 


I tutaj na scenę wkracza lepsza połowa genialnego detektywa – Dr. Watson. Filmowy Jude Law i serialowy Martin Freeman – obaj dobrodusznie tolerują wszelkie dziwactwa Sherlocka i niejednokrotnie ratują mu skórę. Jude Law kojarzony był zawsze raczej z rolami amantów i dandysów, jednak w roli poczciwego doktora wypadł świetnie. „Chemia” między nim, a Robertem wręcz wylewa się w ekranu i para głównych bohaterów zachowuje się jak stare, dobre małżeństwo. W serialowym Sherlocku mamy o tyle ciekawą sytuację, że obserwować możemy tę przyjaźń od samego początku, kiedy obaj panowie się poznają – Sherlock robi swoją ulubioną psychoanalizę, a Watson z jakiegoś powodu jest  raczej zafascynowany tym faktem, niż obrażony. Wkrótce ta pogłębiająca się fascynacja udziela się także widzowi ;)



 

                                  

 

 

 

 

          

 

 

 


Wbrew pozorom obie adaptacje mają sporo wspólnego z książkami. Oprócz oczywistej plejady bohaterów – Mrs. Hudson aka Landlady („I’m not your housekeeper!!!”), Irene Adler aka The Woman, Mycrofta Holmesa, trochę przygłupawego Gregorego („not my division”) Lastrade’a, czy mistrza zła – Jamesa Moriarty’ego, dla książkowych nerdów smaczkiem będzie masa nawiązań do fabuły, czy cytatów wprost zaczerpniętych z książki, jak choćby pojawiające się w różnych kontekstach zarówno w filmie, jak i w serialu notki pozostawione dla Watsona przez Holmes’a „Come at once if convenient — if inconvenient come all the same” (w serialu bardziej współczenym językiem i w formie SMSa). Filmowy Sherlock realizując swoje kolejne szalone metody badawcze powtarza „You know my methods, Watson”, natomiast od Benedicta usłyszymy parafrazę “when you have eliminated the impossible, whatever remains, however improbable, must be the truth”.  Serial serwuje też czytelnikom książki szereg luźnych nawiązań do fabuły książkowych przygód – w starciu Irene vs Holmes motyw ognia w celu zdemaskowania sekretu, rozdział „The Five Orange Pips” – Pięć Nasion pomarańczy, w książce „pip” czyli nasiono, zamienione w serialu na „pip” jako sygnał w telefonie (zarówno nasiona, jak i komórkowe pip stanowi ważne ostrzeżenie). Przykładów można mnożyć na potęgę i spor frajdę znajduje wynajdywanie tych analogii. Oczywiście finał z Moriaty’im także godny uwagi, w filmie Reichenbach Falls potraktowane dosyć ortodoksyjnie, w serialu z dużo większą fantazją.



Na dodatkową uwagę zasługuje muzyka w obu częściach filmu Ritchiego, za którą pierwsza część przygód Holmes’a nominowana była do Oscara. Film z niezwykłą starannością oddaje także klimat Londynu z czasów przemysłowej rewolucji. Serial powala za to pomysłowością z jaką scenarzyści uwspółcześniają Holmes’a – do ery komórek i internetu i bloggera. Okazuje się, że geniusz Holmes’a sprawdza się zawsze i wszędzie ;)

 

 

 

           

 

 

 

Kto jeszcze nie widział, „Sherlock Holmes”  i „Sherlock” to pozycje obowiązkowe.



/V.